Miały być ludzkie zdjęcia, ale albo ja nie umiem zrobić zdjęć po ludzku, albo to światło jest tak marne, że się ich nie da po ludzku zrobić. Są zdjęcia, jakie są, i tak urody tego pięknego szala nie są w stanie zabić.
To jest cudo, które dostałam w paczce od Vlad'ki. Nie moje, niestety, ręce go zrobiły. Jest cudownie lekki (przy robieniu zdjęcia wiatr mi go cały czas unosił to na jednym, to na drugim ramieniu Lali), merynosowy na jedwabiu. Tu można zobaczyć posty dotyczące filcowania na blogu Vlad'ki, robi rzeczy przecudne. Jest tam też mój motylek, którego od niej dostałam, a z którego będzie naszyjnik, jak tylko dogrzebię się do precjozowej szkatułki.
Cały szal, znów marnie sfotografowany, bo jak objąć to długie cudo, nie pokazując pieprzniku dookoła, wygląda tak:
Jest jak namalowany akwarelą, tylko Vlad'ka dała mu jeszcze trzeci wymiar, bo te subtelnie różowe kwiaty są leciuteńko wypukłe, zresztą całość też ma bardzo subtelną fakturę. Jest po prostu przepiękny. Jestem zachwycona!
Bardzo dziękuję Vlad'ko!
Kolejnym, dla mnie absolutnie zachwycającym prezentem są:
Grzyby! Ale to nie są zwykłe grzyby, to jest prezent rozwojowy i rozwijający - grzyby, którymi Vlad'ka farbuje wełnę. Kolory są niezwykłe, bardzo delikatne. Tak się nimi zachwycałam, że Vlad'ka mi je przysłała. Zadbała o wszystko - te kryształy, które w nich są to ałun, na wypadek, gdybym nie miała. Opisała torebki dokładnie, nawet gdyby jakiś złodziej chciał skręcić przesyłkę, od razu by wiedział, że ma grzybów nie jeść, bo są trujące i tylko do farbowania, wszystko po angielsku, na wszelki wypadek. Mnie to zachwyca, rzadko się spotykam z tym, żeby człowiek tak bardzo o wszystko i o wszystkich (nawet o tych złych) dbał. Ale taka jest Vlad'ka. Mogę się więc teraz zająć prawdziwym naturalnym farbowaniem prawdziwymi grzybami i dopiero wtedy będzie widać efekty, jakie przyniósł ten cudny prezent. Gdyby nie Vlad'ka, nie miałabym szans spróbować, jak się farbuje grzybami. To jest przecież nie do kupienia, za żadne pieniądze. Jak zrobię, to pokażę.
Bardzo dziękuję, Vlad'ko!
I trzeci prezent:
wełna z owieczek Zwartbles, z charakterystycznymi jaśniejszymi końcówkami. Kto mnie czytuje, ten wie, że to kolejna moja namiętność - poznawanie wełny z różnych owczych ras, a Vlad'ka ma swoje owieczki tej rasy. Więc po raz kolejny mnie uszczęśliwiła.
Jeszcze raz pięknie dziękuję, Vlad'ko!
I to wszystko w grudniu, kiedy Vlad'ka, jak każda kobieta, ma trzy razy więcej roboty, a do tego cały tabun rozmaitych zwierząt, przy których też jest co robić! Chciało jej się pomyśleć, co mnie uszczęśliwi, zapakować, gnać z tym na pocztę!
Bardzo, bardzo dziękuję!
A w sprawach własnej produkcji, przypominam, że jest grudzień, zaczął się sezon na cytrusy i to najlepszy moment na przetwory z pomarańczy. Kupiłam 2 kilo po 1,90 zł i wczoraj zamieniłam w 5 słoiczków dżemu, według najprostszego, nieekologicznego przepisu.
Pomarańczy było 10, średnich. Wszystkie umyłam, cztery wyszorowałam pod gorącą wodą i obieraczką do warzyw zdjęłam z nich pomarańczową część skórki, skórkę pokroiłam w cienkie paseczki, połowę wrzuciłam do gara, drugą połowę do malutkiego słoika, przesypując cukrem. Słoiczek zamknęłam, potem zapasteryzowałam i mam trochę kandyzowanej skórki do świątecznego sernika. Pomarańcze obrałam, nie wycinałam żadnych filecików spomiędzy błonek, tylko po chamsku, jak marchewkę, pokroiłam je w kawałeczki i wrzuciłam do gara, do pokrojonych skórek, wymieszałam z 1,5 opakowania żelfixu Otekera 1:3, zagotowałam, dodałam pół kilo cukru, zagotowałam. Gotowałam jeszcze z 5 minut, przełożyłam do słoików. Ja wszystko pasteryzuję, więc i pomarańcze zapasteryzowałam (20 minut gotowania na wolnym ogniu) i mam. Robię co roku, używam jedynie jako nadzienia do rolady biszkoptowej, bo do kanapek nikt u mnie dżemu nie jada. Jeszcze lepszy jest dżem pomarańczowy z dodatkiem niewielkiej ilości (ze 2 cm) świeżego tartego korzenia imbiru, ale dla Puchatka imbir jest niejadalny, więc sobie odpuszczam. Skórka jest ważna, bo to jest właśnie źródło "pomarańczowego" zapachu i odrobiny goryczki. Smacznego!
niedziela, 9 grudnia 2012
piątek, 7 grudnia 2012
Wielbłąd - bynajmniej nie na pustyni...
Kupiłam jakiś rok temu kilka wełen do przędzenia, filcowania (chyba pilśniarki powinny się tym bardziej zainteresować) albo jako wkłady do narzut, kołderek itp. w postaci tzw. vliesu. Z niemieckiego Vlies to po prostu runo i trochę to człowieka wprowadza w błąd. Bo jeśli chce kupić po prostu prane runo, powinien szukać Flocke, a Vlies to "runo" już zgręplowane w postaci płatu, w którym włókna są poukładane w różne strony. Nie wiem, jak to nazwać po polsku lepiej niż płat, bo to może wyglądać podobnie do angielskiego batta, ale nie ma kudła ułożonego w jednym kierunku, jak z drumka.
Leżały i leżały te vliesy, bo nie miałam odwagi się z nimi zmierzyć. A jak już nabrałam odwagi, od razu zabrałam się za najtrudniejszy - wielbłąda. Powstało z niego na razie tyle.
Warunki świetlne marne, ale kolor bardzo bliski rzeczywistości. Sprzędłam na razie 21 deko w dwóch motkach: 345 m/120 g i 247 m/92 g. Wbrew moim obawom to się znakomicie i miło (tylko nudno) przędzie, mimo że kudełki są króciutkie. Niemniej początki były trudne, co okazało sie przy skręcaniu końcówki z pierwszej szpuli. Początek był tak przekręcony, że niemalże nie do skręcenia z drugim singlem.
Vlies wygląda tak:
Podzieliłam to na mniejsze kawałki i po prostu z nich przędłam. W tym vliesie było sporo nasionek i innych drobnych fafuśniaków. Mam nadzieję, że to, co nie wypadło po drodze, uwolni się w praniu, bo włóczki jeszcze nie prałam, skończyłam wczoraj w nocy.
Naprzędłam dwie szpule i niewiele rzeczy tak mnie znudziło jak to. Single nie są idealnie równe, więc i włóczka też nie jest. Zdarzały się miejsca grubsze i cieńsze.
Przy skręcaniu, kiedy single się rozprężały i "rozpuszały", dopiero było widać jak bardzo były nierówne.
Trudno. Pierwsze koty za płoty, już wiem, jak się przędzie te vliesy, następnym razem będzie lepiej. Tego wielbłąda mam jeszcze pół kilo (i to nie koniec moich garbatych wyczynów, bo jeszcze 70 deko baby w taśmie czeka).
Zgodnie z obietnicą dokonałam też przedwczoraj uszycia nocnych koszulek. Te też idealnie gładkie i równe nie są (ze względu na nadzwyczajną elastyczność materii i brak overlocka), ale co tam, nie będę z nich przecież strzelać.
Jedna już nawet weszła do codziennego użytku.
Rzecz trzecia: uległam - nie ja jedna - urokowi nowego produktu KnitPro o nazwie Carbonz. Uwiedziona niklowanymi okutkami na czarnym węglowym włóknie kupiłam sobie (o rozrzutna!) drutki długie i drutki pończosznicze (na żyłce nie lubię). Żeby te ostatnie wypróbować, pochwyciłam kupną skarpetkową włóczkę kolorową marki OnLine i zaczęłam działać.
Zdziałałam dotychczas niewiele, ale dostatecznie dużo, żeby wywieść kilka wniosków.
Wnioski w sprawie drutków: piękne, piękne, włókno węglowe ciepłe i lekkie, ale przejście pomiędzy metalem a włóknem wyraźnie wyczuwalne, nie tylko pod palcem, w przesuwaniu się robótki, niestety, takoż. Czyli raczej do robienia luźno.
Wnioski w sprawie włóczki: koń, jaki jest, każdy widzi. Niewidomy chyba ten zestaw kolorów projektował na zasadzie ciepłe, półciepłe, półzimne, zimne (obwód - jak Pan Bóg przykazał - klasycznie, na 56 oczek, ale nie daje sie trafić z długością odcinka). A tak ładnie w moteczku wyglądała! Zaczęłam (bo potrzebowałam czegoś do robienia w oczekiwaniu u wciąż obsuwającej sie o 40 minut protetyczki), to skończę. Ale wracam do robienia skarpet z własnych produktów kolorystycznych.
Rzecz czwarta: nakłamałam w komentarzu u VioliS, że nie dostałam prezentu na mikołajki. Dostałam, tylko w postaci awiza na prezent (mój Pan Marcin na chorobowym - jak należało się spodziewać po uczciwym listonoszu w okresie przedświatecznym, uszkodził sobie bark). Dziś odebrałam z poczty.
Od Vlad'ki. I w tej sprawie na razie tyle, bo to są prawdziwe cuda nad cudami, unikaty - absolutnie niedostępne nigdzie indziej i w żaden inny sposób, które trzeba sfotografować po ludzku i w ogóle zasługują na zupełnie osobnego posta. Którego niniejszym obiecuję.
Leżały i leżały te vliesy, bo nie miałam odwagi się z nimi zmierzyć. A jak już nabrałam odwagi, od razu zabrałam się za najtrudniejszy - wielbłąda. Powstało z niego na razie tyle.
Warunki świetlne marne, ale kolor bardzo bliski rzeczywistości. Sprzędłam na razie 21 deko w dwóch motkach: 345 m/120 g i 247 m/92 g. Wbrew moim obawom to się znakomicie i miło (tylko nudno) przędzie, mimo że kudełki są króciutkie. Niemniej początki były trudne, co okazało sie przy skręcaniu końcówki z pierwszej szpuli. Początek był tak przekręcony, że niemalże nie do skręcenia z drugim singlem.
Vlies wygląda tak:
| Pod wpływem błysku z lampy Vlies pięknie "zaświecił" |
Naprzędłam dwie szpule i niewiele rzeczy tak mnie znudziło jak to. Single nie są idealnie równe, więc i włóczka też nie jest. Zdarzały się miejsca grubsze i cieńsze.
Przy skręcaniu, kiedy single się rozprężały i "rozpuszały", dopiero było widać jak bardzo były nierówne.
Trudno. Pierwsze koty za płoty, już wiem, jak się przędzie te vliesy, następnym razem będzie lepiej. Tego wielbłąda mam jeszcze pół kilo (i to nie koniec moich garbatych wyczynów, bo jeszcze 70 deko baby w taśmie czeka).
Zgodnie z obietnicą dokonałam też przedwczoraj uszycia nocnych koszulek. Te też idealnie gładkie i równe nie są (ze względu na nadzwyczajną elastyczność materii i brak overlocka), ale co tam, nie będę z nich przecież strzelać.
Jedna już nawet weszła do codziennego użytku.
Rzecz trzecia: uległam - nie ja jedna - urokowi nowego produktu KnitPro o nazwie Carbonz. Uwiedziona niklowanymi okutkami na czarnym węglowym włóknie kupiłam sobie (o rozrzutna!) drutki długie i drutki pończosznicze (na żyłce nie lubię). Żeby te ostatnie wypróbować, pochwyciłam kupną skarpetkową włóczkę kolorową marki OnLine i zaczęłam działać.
Zdziałałam dotychczas niewiele, ale dostatecznie dużo, żeby wywieść kilka wniosków.
Wnioski w sprawie drutków: piękne, piękne, włókno węglowe ciepłe i lekkie, ale przejście pomiędzy metalem a włóknem wyraźnie wyczuwalne, nie tylko pod palcem, w przesuwaniu się robótki, niestety, takoż. Czyli raczej do robienia luźno.
Wnioski w sprawie włóczki: koń, jaki jest, każdy widzi. Niewidomy chyba ten zestaw kolorów projektował na zasadzie ciepłe, półciepłe, półzimne, zimne (obwód - jak Pan Bóg przykazał - klasycznie, na 56 oczek, ale nie daje sie trafić z długością odcinka). A tak ładnie w moteczku wyglądała! Zaczęłam (bo potrzebowałam czegoś do robienia w oczekiwaniu u wciąż obsuwającej sie o 40 minut protetyczki), to skończę. Ale wracam do robienia skarpet z własnych produktów kolorystycznych.
Rzecz czwarta: nakłamałam w komentarzu u VioliS, że nie dostałam prezentu na mikołajki. Dostałam, tylko w postaci awiza na prezent (mój Pan Marcin na chorobowym - jak należało się spodziewać po uczciwym listonoszu w okresie przedświatecznym, uszkodził sobie bark). Dziś odebrałam z poczty.
Od Vlad'ki. I w tej sprawie na razie tyle, bo to są prawdziwe cuda nad cudami, unikaty - absolutnie niedostępne nigdzie indziej i w żaden inny sposób, które trzeba sfotografować po ludzku i w ogóle zasługują na zupełnie osobnego posta. Którego niniejszym obiecuję.
wtorek, 4 grudnia 2012
Nareszcie
Nareszcie usiadłam do maszyny. Życie mnie zmusiło. Najpierw nieśmiała uwaga Puchatka, że chyba poszwa na kołdrę się przesiała, potem dziura w poszewce. Do kosza poszedł też kolejny uszyty pięć lat temu komplet pościeli. I tak przed kolejną zmianą stanęłam bezradnie przed bieliźniarką, stanowczym ruchem wsunęłam kołowrotek do kąta i wyciągnęłam z komody (nie jedynej) wypełnionej hektarami tkanin trochę białego bawełnianego płótna i skarb prawdziwy, czyli "Guinevere" Sandersona (wzór z roku 1989, jestem fanką wzorów Sandersona z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku) i zmusiłam się do uszycia kompletu. U mnie nie jest to łatwe zadanie, bo po pierwsze: ja nie akceptuję pościeli kolorowej w całości, Puchatek nie akceptuje pościeli białej w całości. Musi więc być łączona. Co zrobić, żeby nie wyglądała jak sztukowana? Po drugie: muszę szyć, bo nie ma u mnie nic o standardowych wymiarach - kołdra 180 x 200 cm, 2 poduszki 50 x 70 cm i 3 powłoczki na gorczycowe jasie (własnej roboty) 35 x 40 cm, do tego 2 typowe jasie 40 x 40 cm, w sumie 7 powłoczek. Koszmar.
Zdjęcie, niestety, jak z piwnicznej izby, z powodu fatalnych warunków świetlnych. Za ciosem powstały jeszcze dwa obrusiki na stół. W tej sprawie: jeśli ktoś ma problem z kopertowymi narożnikami, tak jak ja miałam przez wiele lat mimo stosowania się do różnych instrukcji z różnych mądrych książek i czasopism, służę pomocą - sposób, ktory w końcu wymyśliłam i zastosowałam już dziesiątki, może setki razy, sprawdza się bez pudła.
A kontynuując myśl poprzednią podam jeszcze trzecią trudność: szyję na zabytku, moja maszyna przekroczyła już czterdziestkę.
Nie zmieniam jej na nową, bo te nowe są wprawdzie znacznie cichsze (ja po 22.00 nie mogę szyć), ale to leciuteńkie zabawki z plastiku naszpikowane elektroniką, a moja maszyna szyje też ciężkie materiały (nawet skórę), nie "lata" mi po stołku, ma co trzeba (czyli ścieg elastyczny i nawet kilka hafciarskich) i nie zepsuła się przez te czterdzieści lat, a igłę w tym czasie złamała tylko jedną. Chociaż wiele przeżyła, włącznie z polewaniem lakierem do drewna i podpalaniem. Na jej działaniu nie zrobiło to żadnego wrażenia, za to na wyglądzie walizki (gdyż jest to walizkowy Łucznik) ta akcja zostawiła wiele śladów. Dlatego ma teraz najładniejszą walizkę świata.
Ma ją zresztą tylko dlatego, że nie wiedziałam, na co sie porywam - brawura to najlepsza recepta na sukces. Kiedy ładnych parę lat temu koleżanka z pracy pokazała mi pudełeczko w dekupażu, natychmiast musiała mi powiedzieć, jak to się robi. I już w najbliższy weekend przystąpiłam do działania "opowiedzianą" metodą. W niedzielę wieczorem walizka (przedtem zalana lakierem i poopalana) była gotowa. Pokazałam jej zdjęcie i usłyszałam: "Ale to przecież takie wielkie motywy..." "No to co? - zapytałam. - Chyba lepiej, szybciej idzie." Dziś za klejenie takich wielkich motywów z pojedynczej warstwy serwetek w ogóle ze strachu bym się nie zabrała. A wtedy... Nie wiedziałam, że to taka trudność, więc trudności nie było żadnej. To była moja pierwsza praca w dekupażu - kompozycyjnie taka sobie, za to technicznie idealna. Stołek, na którym stoi maszyna, już szósty rok czeka na wykończenie. Ale cóż, teraz robię w wełnie...
A przy okazji: ze zdjęcia wyłania się czwarta trudność - jak widać szyję w ciemnym ciasnym kącie (maszyna tam stoi na stałe, zdejmuję tylko walizkę, podjeżdżam niecały metr z fotelem od komputera, na plecach mam deskę do prasowania, również rozstawioną na stałe, żelazko stoi nade mną na regale - widać zwisający kabel, nie ma jak się ruszyć). Szycie hektarów materii na poszwę 180 x 200 cm jest w tych warunkach naprawdę frustrujące. Dlatego poczytuję sobie mój nowy komplet pościeli za wyczyn i bardzo jestem z siebie zadowolona. Tak bardzo, że dzisiaj mają powstać nowe zasłony do tegoż pokoiku, zwanego nie bez powodu pakamerą, oraz dwie zimowe nocne koszule dla mnie (w planach od dwóch lat), a pojutrze (bo towar musi do mnie dotrzeć) nowe gładkie woalowe firanki do "dużego" pokoju, bo "farmerskie" (tak mój brat nazywa firanki haftowane na siatce filet) już sie kompletnie podarły. Może do świąt uda mi się z pomocą maszyny uzdrowić domową sytuację i u progu Bożego Narodzenia nie stanę goła, bosa i obdarta.
Zdjęcie, niestety, jak z piwnicznej izby, z powodu fatalnych warunków świetlnych. Za ciosem powstały jeszcze dwa obrusiki na stół. W tej sprawie: jeśli ktoś ma problem z kopertowymi narożnikami, tak jak ja miałam przez wiele lat mimo stosowania się do różnych instrukcji z różnych mądrych książek i czasopism, służę pomocą - sposób, ktory w końcu wymyśliłam i zastosowałam już dziesiątki, może setki razy, sprawdza się bez pudła.
A kontynuując myśl poprzednią podam jeszcze trzecią trudność: szyję na zabytku, moja maszyna przekroczyła już czterdziestkę.
Nie zmieniam jej na nową, bo te nowe są wprawdzie znacznie cichsze (ja po 22.00 nie mogę szyć), ale to leciuteńkie zabawki z plastiku naszpikowane elektroniką, a moja maszyna szyje też ciężkie materiały (nawet skórę), nie "lata" mi po stołku, ma co trzeba (czyli ścieg elastyczny i nawet kilka hafciarskich) i nie zepsuła się przez te czterdzieści lat, a igłę w tym czasie złamała tylko jedną. Chociaż wiele przeżyła, włącznie z polewaniem lakierem do drewna i podpalaniem. Na jej działaniu nie zrobiło to żadnego wrażenia, za to na wyglądzie walizki (gdyż jest to walizkowy Łucznik) ta akcja zostawiła wiele śladów. Dlatego ma teraz najładniejszą walizkę świata.
Ma ją zresztą tylko dlatego, że nie wiedziałam, na co sie porywam - brawura to najlepsza recepta na sukces. Kiedy ładnych parę lat temu koleżanka z pracy pokazała mi pudełeczko w dekupażu, natychmiast musiała mi powiedzieć, jak to się robi. I już w najbliższy weekend przystąpiłam do działania "opowiedzianą" metodą. W niedzielę wieczorem walizka (przedtem zalana lakierem i poopalana) była gotowa. Pokazałam jej zdjęcie i usłyszałam: "Ale to przecież takie wielkie motywy..." "No to co? - zapytałam. - Chyba lepiej, szybciej idzie." Dziś za klejenie takich wielkich motywów z pojedynczej warstwy serwetek w ogóle ze strachu bym się nie zabrała. A wtedy... Nie wiedziałam, że to taka trudność, więc trudności nie było żadnej. To była moja pierwsza praca w dekupażu - kompozycyjnie taka sobie, za to technicznie idealna. Stołek, na którym stoi maszyna, już szósty rok czeka na wykończenie. Ale cóż, teraz robię w wełnie...
A przy okazji: ze zdjęcia wyłania się czwarta trudność - jak widać szyję w ciemnym ciasnym kącie (maszyna tam stoi na stałe, zdejmuję tylko walizkę, podjeżdżam niecały metr z fotelem od komputera, na plecach mam deskę do prasowania, również rozstawioną na stałe, żelazko stoi nade mną na regale - widać zwisający kabel, nie ma jak się ruszyć). Szycie hektarów materii na poszwę 180 x 200 cm jest w tych warunkach naprawdę frustrujące. Dlatego poczytuję sobie mój nowy komplet pościeli za wyczyn i bardzo jestem z siebie zadowolona. Tak bardzo, że dzisiaj mają powstać nowe zasłony do tegoż pokoiku, zwanego nie bez powodu pakamerą, oraz dwie zimowe nocne koszule dla mnie (w planach od dwóch lat), a pojutrze (bo towar musi do mnie dotrzeć) nowe gładkie woalowe firanki do "dużego" pokoju, bo "farmerskie" (tak mój brat nazywa firanki haftowane na siatce filet) już sie kompletnie podarły. Może do świąt uda mi się z pomocą maszyny uzdrowić domową sytuację i u progu Bożego Narodzenia nie stanę goła, bosa i obdarta.
czwartek, 29 listopada 2012
To nie tak miało być...
Mam kilka rozbabranych robótek i właściwie nic do pokazania z wyjątkiem pewnej porażki, ale pouczającej i zapewne z gatunku "wszystko dobrze się skończy".
Pod wpływem cudnych kolorów uzyskanych przez Alpi z farbowania czarną malwą ogarnął mnie nieziemski zapał. Czym prędzej nabyłam w sklepie zielarskim surowiec. Receptury nie znalazłam nigdzie, gdyż książki Dorothei Fischer, z której większość pobiera te trafione w dziesiątkę receptury, nie posiadam (ale nie wiem, czy nie odżałuję tych stu kilkudziesięciu złotych i nie nabędę drogą kupna). No i tu właściwie stanęłam dość bezradna przed problemem, co z tym dobrem zrobić. Znalazłam jednakowoż na pewnej angielskiej zielarskiej stronie internetowej informację, że malwa z ałunem barwi na odcienie różowo-niebieskie, z żelazem na szaro, a z niebieskim siarczanem (dosł. blue vitriol, czyli rozumiem, że siarczanem miedziowym) na zielono. To już wiedziałam, czego nie mam, żeby uzyskać tę piękną zieleń: miedziowego siarczanu. Ale bardzo mi się spieszyło, uznałam więc, że wypróbuję te różowo-niebieskie odcienie na ałunie (bo ałun mam). Zabejcowałam więc wełnę, wygotowałam z malwy barwnik, przecedziłam.
Kolor miało jagodowy, znaczy: podchodzący, więc wrzuciłam wełnę, gotowałam z godzinę, ostudziłam, wyjęłam i...
Było szare. Szare szare. Uznałam, że mój błąd: w garze emalia obita w jednym miejscu, żelazo się do kąpieli barwiącej dostało, to i ja dostałam. Szarą wełnę. Uprałam, powiesiłam, a ona... zaczęła zielenieć. No, niestety, nie aż tak bardzo jakbym chciała, ale jednak trochę.
Jej "zzieleniałość" lepiej widać w świetle sztucznym.
Pobita efektami poszłam szukać wiedzy gdzie indziej, znaczy w broszurze pt. "Barwienie naturalne", gdzie wyczytałam, że kora kruszyny na ałunie daje czerwone wybarwienie. Na wszelki wypadek przeleciałam wzrokiem znaną wszystkim książkę Tuszyńskiej w tej sprawie, gdzie o kruszynie nie ma nic, ale jest o szakłaku, a to wszak to samo. I że można uzyskać i owszem ceglaną czerwień, ale trzeba dużo żrącej sody albo potasu. To ja grzecznie zabejcowałam wełnę w ałunie i kwaśnym winianie potasowym (kamień winny), wygotowałam z kory kruszyny (miała mieć co najmniej rok, a u mnie leży już półtora) barwnik, przecedziłam.
Kąpiel była ciemnobrązowa i nie rokowała czerwono. To dodałam wprost do gara (tym razem ze stali) i ałunu, i kamienia winnego, zmętniała. - Raz kozie śmierć, nie spróbujesz, wiedzieć nie będziesz - rzekłam i wrzuciłam wełnę. Gotowałam z godzinę, ostudziłam, uprałam i...
Musztarda. Na szczęście niesfilcowana (a fest się gotowała).
I teraz się zastanawiam, czy ich nie zmiksować i nie uprząść razem. Oddzielnie nadaje się tylko ta z malwy, ponieważ żółta jest piękna, ale tylko teoretycznie i do oglądania, bo nie wyobrażam sobie nikogo, kto by z tym kolorkiem solo w realu wytrzymał dłużej niż 15 minut. A że obydwie wełny są z owieczek Dorset Down, to miks technicznie całkiem sensowny. Ale czy kolorystycznie ma sens?
W każdym razie morał, jak to często bywa w moim klinicznym przypadku gwałtownego chciejstwa: g... chłopu, nie zegarek, jak kłonicą go nakręca.
Pod wpływem cudnych kolorów uzyskanych przez Alpi z farbowania czarną malwą ogarnął mnie nieziemski zapał. Czym prędzej nabyłam w sklepie zielarskim surowiec. Receptury nie znalazłam nigdzie, gdyż książki Dorothei Fischer, z której większość pobiera te trafione w dziesiątkę receptury, nie posiadam (ale nie wiem, czy nie odżałuję tych stu kilkudziesięciu złotych i nie nabędę drogą kupna). No i tu właściwie stanęłam dość bezradna przed problemem, co z tym dobrem zrobić. Znalazłam jednakowoż na pewnej angielskiej zielarskiej stronie internetowej informację, że malwa z ałunem barwi na odcienie różowo-niebieskie, z żelazem na szaro, a z niebieskim siarczanem (dosł. blue vitriol, czyli rozumiem, że siarczanem miedziowym) na zielono. To już wiedziałam, czego nie mam, żeby uzyskać tę piękną zieleń: miedziowego siarczanu. Ale bardzo mi się spieszyło, uznałam więc, że wypróbuję te różowo-niebieskie odcienie na ałunie (bo ałun mam). Zabejcowałam więc wełnę, wygotowałam z malwy barwnik, przecedziłam.
Kolor miało jagodowy, znaczy: podchodzący, więc wrzuciłam wełnę, gotowałam z godzinę, ostudziłam, wyjęłam i...
Było szare. Szare szare. Uznałam, że mój błąd: w garze emalia obita w jednym miejscu, żelazo się do kąpieli barwiącej dostało, to i ja dostałam. Szarą wełnę. Uprałam, powiesiłam, a ona... zaczęła zielenieć. No, niestety, nie aż tak bardzo jakbym chciała, ale jednak trochę.
Jej "zzieleniałość" lepiej widać w świetle sztucznym.
Pobita efektami poszłam szukać wiedzy gdzie indziej, znaczy w broszurze pt. "Barwienie naturalne", gdzie wyczytałam, że kora kruszyny na ałunie daje czerwone wybarwienie. Na wszelki wypadek przeleciałam wzrokiem znaną wszystkim książkę Tuszyńskiej w tej sprawie, gdzie o kruszynie nie ma nic, ale jest o szakłaku, a to wszak to samo. I że można uzyskać i owszem ceglaną czerwień, ale trzeba dużo żrącej sody albo potasu. To ja grzecznie zabejcowałam wełnę w ałunie i kwaśnym winianie potasowym (kamień winny), wygotowałam z kory kruszyny (miała mieć co najmniej rok, a u mnie leży już półtora) barwnik, przecedziłam.
Kąpiel była ciemnobrązowa i nie rokowała czerwono. To dodałam wprost do gara (tym razem ze stali) i ałunu, i kamienia winnego, zmętniała. - Raz kozie śmierć, nie spróbujesz, wiedzieć nie będziesz - rzekłam i wrzuciłam wełnę. Gotowałam z godzinę, ostudziłam, uprałam i...
Musztarda. Na szczęście niesfilcowana (a fest się gotowała).
I teraz się zastanawiam, czy ich nie zmiksować i nie uprząść razem. Oddzielnie nadaje się tylko ta z malwy, ponieważ żółta jest piękna, ale tylko teoretycznie i do oglądania, bo nie wyobrażam sobie nikogo, kto by z tym kolorkiem solo w realu wytrzymał dłużej niż 15 minut. A że obydwie wełny są z owieczek Dorset Down, to miks technicznie całkiem sensowny. Ale czy kolorystycznie ma sens?
W każdym razie morał, jak to często bywa w moim klinicznym przypadku gwałtownego chciejstwa: g... chłopu, nie zegarek, jak kłonicą go nakręca.
piątek, 23 listopada 2012
Sněženka w roli głównej - cz. II
Mimo nieustających problemów z narzędziem pracy o nazwie Harfa szalik ze Sněženki powstał. Sněženkę we własnej nie-osobie (cóż, sama o sobie nie stanowi) można oglądać u mnie w poprzednim odcinku albo u Vlad'ki na blogu (w prawym górnym rogu są wszystkie jej cudne zwierzaki). A szalik wygląda w (marnym) świetle dziennym tak:
I chociaż narzekałam na tę rzadką jak gaza strukturę, to efekt mi się podoba.
Zaraz po sprzędzeniu wełny z jednego motka (240 m) namotałam osnowę.
Osnułam nią Harfę.
Rozpoczęłam tkanie, plułam jadem i walczyłam dzielnie do końca.
A następnie z jednej strony przyszyłam lodowe kwarce, które miały szalik zdobić, a następnie je odprułam (co zajęło dużo więcej czasu niż przyszycie), bo wyglądały jak z zupełnie innej bajki.
Po zdjęciu z Harfy szalik mi się zaczął podobać.
Miał 188 cm długości (bez frędzli) i 27,5 cm szerokości (został mi nieduży kłębuszek, na mitenki chyba nie wystarczy). Zdziwiło mnie, że po praniu nic się w wymiarach nie zmieniło mimo tej "gazowatej" faktury. To, co zmieniało się w międzyczasie, to "zgryźliwość". Że ta wełna gryzie, było oczywiste. W nitce jednak nie było to tak wyczuwalne, jak w tkaninie przy przędzeniu. Nitka była dość "włochata", więc traktowałam osnowę za poradą Alicji wodą z mąką (to całkiem dobrze działa!). Ale w tkaninie wełna "żarła" dość konkretnie. Jednak po praniu jakby zmiękła. Muszę jeszcze popróbować na niej metody Dodgers z odżywką do włosów, może okaże się, że będzie miękka jak merynos (ha, ha!). W każdym razie wytwór jako taki bardzo mi się podoba. Podoba mi się optyczna lekkość szalika powstałego z dość przecież ciężkiego materiału, podobają mi się te nieoczywiste smugi koloru na śmietance i lekka nieregularność i przejrzystość faktury. Po praniu i prasowaniu założyłam więc na Lalę.
No i oczywiście światło, a ściślej jego brak, wszystko popsuło. Ale nie do końca, bo wełny z takiej pięknej owcy jak Sněženka popsuć się chyba nie da.
I chociaż narzekałam na tę rzadką jak gaza strukturę, to efekt mi się podoba.
Zaraz po sprzędzeniu wełny z jednego motka (240 m) namotałam osnowę.
Osnułam nią Harfę.
Rozpoczęłam tkanie, plułam jadem i walczyłam dzielnie do końca.
A następnie z jednej strony przyszyłam lodowe kwarce, które miały szalik zdobić, a następnie je odprułam (co zajęło dużo więcej czasu niż przyszycie), bo wyglądały jak z zupełnie innej bajki.
Po zdjęciu z Harfy szalik mi się zaczął podobać.
Miał 188 cm długości (bez frędzli) i 27,5 cm szerokości (został mi nieduży kłębuszek, na mitenki chyba nie wystarczy). Zdziwiło mnie, że po praniu nic się w wymiarach nie zmieniło mimo tej "gazowatej" faktury. To, co zmieniało się w międzyczasie, to "zgryźliwość". Że ta wełna gryzie, było oczywiste. W nitce jednak nie było to tak wyczuwalne, jak w tkaninie przy przędzeniu. Nitka była dość "włochata", więc traktowałam osnowę za poradą Alicji wodą z mąką (to całkiem dobrze działa!). Ale w tkaninie wełna "żarła" dość konkretnie. Jednak po praniu jakby zmiękła. Muszę jeszcze popróbować na niej metody Dodgers z odżywką do włosów, może okaże się, że będzie miękka jak merynos (ha, ha!). W każdym razie wytwór jako taki bardzo mi się podoba. Podoba mi się optyczna lekkość szalika powstałego z dość przecież ciężkiego materiału, podobają mi się te nieoczywiste smugi koloru na śmietance i lekka nieregularność i przejrzystość faktury. Po praniu i prasowaniu założyłam więc na Lalę.
No i oczywiście światło, a ściślej jego brak, wszystko popsuło. Ale nie do końca, bo wełny z takiej pięknej owcy jak Sněženka popsuć się chyba nie da.
wtorek, 20 listopada 2012
Czekoladowy szalik i garść mądrości
Zacznę od tych ostatnich - wczoraj mnie uwiodły. Nie są, niestety, mojego autorstwa. Znalazłam je (wraz z cudnymi filcowymi bucikami) na blogu Sheepys wolliges Landleben i natychmiast postanowiłam udostępnić tym, którzy mową niemiecką się nie posługują. Sheepy zobaczyła je w pewnym sklepie z artykułami do robótek ręcznych w Lubece, kilka sfotografowała i umieściła na swoim blogu. Znających niemiecki bądź zainteresowanych, jak wyglądają te mądrości w oryginale, odsyłam wprost na blog Sheepy. A oto (dość swobodny) przekład:
Robótki ręczne…
Robótki ręczne…
… na nadwagę: praca wykonywana obydwiema rękami to dobry
sposób, by nie sięgnąć po tabliczkę czekolady, a do tego pomaga spalić kalorie.
Osoba o wadze 70 kg przy dzierganiu albo szydełkowaniu zużywa od 100 do 140
kalorii na godzinę.
Robótki ręczne…
… na zaburzenia snu: jeśli ktoś przez co najmniej pół
godziny przed pójściem spać uprawia tak kojące hobby, jak robótki ręczne,
łatwiej zapada w spokojny i zdrowy sen. Zalecają to nauczyciele relaksacji.
Robótki ręczne…
… na utratę pamięci: hobby obniża ryzyko utraty pamięci
na starość o 30-40%. Tak wynika z badania przeprowadzonego w Klinice Mayo w
amerykańskim Rochester. Jeśli do tego ogląda się telewizję mniej niż 7 godzin, to
ryzyko może spaść nawet o 50%.
Robótki ręczne…
… usprawniają: „jedno na lewo, jedno na prawo, jedno
spuścić…”. Do dziergania potrzebne są obydwie ręce. To oznacza, że obie półkule
mózgu muszą współpracować, a im bardziej skomplikowany wzór, tym większej
współpracy wymaga.
Oprócz motorycznej zręczności rozwija się przy tym również
wyobraźnia przestrzenna.
Czyż nie urocze? A jak na duchu podnosi.
A teraz czekoladowy szalik Puchatka, czyli nic takiego, tylko trochę czasu kosztowało, bo zaczynałam od czesanki:
Na tym zdjęciu chyba wygląda najlepiej - zaraz po odcięciu z Harfy. Miał wówczas 185 cm długości (bez frędzli) i 29,5 cm szerokości. Wyszło na niego 23 deko wełny.
Najpierw sprzędłam motek (310 m/100 g) cienkiej osnowy (na tym sprzęcie nie da się tkać na grubej osnowie, chyba zresztą w ogóle nie da się na nim tkać), potem 13 deko grubszego wątku, wszystko 2ply. Wątku już nie mierzyłam, tylko od razu przewinęłam na kłębek.
Osnułam szanowną panią Harfę i rozpoczęłam działalność, od razu na wstępie zaszywając frędzle na brzegu.
Robota była(by) prosta i nudna (ale Harfa zadbała o "rozrywki"), podobała mi się w tym jedynie faktura.
I właśnie ta prosta rzecz w płóciennym splocie kosztowała mnie tyle nerwów, bo otóż nie wiem, czy ja robię coś nie tak, czy Harfa jest po prostu sprzętem do patrzenia, nie do tkania - bardziej doświadczeni pomóżcie! Taką, rzadką w istocie, strukturę udaje mi się uzyskać jedynie pod warunkiem, że dociągam każdą nitkę grzebieniem, o dobijaniu siatką mowy nie ma, zostaje pół centymetra osnowy pomiędzy dobijaną nitką a tkaniną - byłaby siatka na ryby. Osnowę napinam jak mogę, ale mogę tylko na tyle, żeby mi haczyk z zębatki nie odskoczył natychmiast, ale jeśli nie odskakuje natychmiast, to i tak odskakuje po 3-4 nitkach wątku i jeśli siatka nie jest w pozycji neutralnej, grawitacja ciągnie ją w dół i wszystko mi się z wałka odwija. Wymiana haczyków i zębatek nic nie dała, po prostu co chwila jest tak - haczyk (ze stopniowo coraz bardziej wyślizganym dziobkiem) dosłownie wyskakuje z zębatki:
Po przyjrzeniu się tego typu sprzętom Schachta i Ashford stwierdziłam, że ten element jest w obydwu znacznie masywniejszy, z innych materiałów i po zewnętrznej stronie - ma szansę poradzić sobie z działaniem dużych przecież sił. Może po zewnętrznej stronie umieszczony jest dlatego, że jest masywny i wewnątrz zajmowałby za dużo miejsca, nie wiem. Wiem jedno - ta konstrukcja w Harfie się nie sprawdza i moim zdaniem nie ma szans się sprawdzić, to po prostu konstrukcyjny błąd. Bo jak dobić nitkę na kompletnie luźnej osnowie, a tylko przy luźnej daje się ten haczyk utrzymać na miejscu. Może ktoś wie, jak korzystać z tego sprzętu bez frustracji i tak, żeby zrealizować zamierzony i teoretycznie możliwy cel? Chętnie się dowiem. Nie zmienia też postaci rzeczy to, że osnowa i wątek są jednakowej grubości. Z dociągnięciem wątku nawet grzebieniem w zaczętym szaliku ze Sneżenki jest jeszcze gorzej (i haczyk, wymieniony na kolejny nowy, ciągle wyskakuje), mimo dociągania grzebieniem tkanina wygląda jak siatka:
Może to jednak ja robię coś nie tak? Ludzie, jeśli wiecie, pomóżcie! Bo ta na wstępie podana mądrość o robótkach ręcznych ułatwiających zasypianie przestanie mieć zastosowanie w moim smutnym przypadku :( A jeszcze trochę i tkanie obrzydnie mi tak, że nigdy do niego nie wrócę.
piątek, 16 listopada 2012
Drugie życie bukietów
Ponieważ w poprzednim poście zadeklarowałam, że napiszę, co robię z bukietami - a nie jest to pomysł całkiem głupi, to się wywiązuję. Zwłaszcza, że niczego ładnego ani nieładnego z wełny na razie do pokazania nie mam.
Wszyscy wiedzą, że bukiet można zasuszyć, ale trzeba to zrobić, zanim kwiaty zwiędną, a trochę szkoda, dopóki mogą cieszyć oko. Ja pozwalam kwiatkom cieszyć swoje oczy tak długo, jak się da, a potem... suszę płatki. Tu ostatni bukiet już się suszy.
Suszone płatki róż rzadko pachną same z siebie, a nawet jeśli pachną, to nie jest to zapach różany. Wyschnięte (na zdjęciu z bukietu sprzed miesiąca z okładem) wkładam do dającego się szczelnie zamknąć pudełka (uwielbiam szczelne pudełka, zawsze się przydają - to jest po lodach).
Trzymam je w tym pudełku co najmniej miesiąc, ale lepiej dwa - wówczas pachną co najmniej pół roku, i podlewam co 3-4 dni kilkoma kroplami różanego olejku zapachowego (prawdziwy eteryczny jest piekielnie drogi), potrząsam, zamykam, odstawiam i powtarzam. Różany olejek na płatkach róż sprawdza się nieźle. Jest coś, na czym sprawdza się w tej roli jeszcze lepiej - uwaga! Tym, którzy nie są miłośnikami (dość mdłego w istocie) zapachu lawendy, zdradzam sekret, nad którym uczciwie pracowałam dwa lata - najlepiej zapachy "nastawiać" na zielonej herbacie o sporych liściach (nie na "miale" herbacianym). Olejki eteryczne, również te prawdziwe (ja osobliwie gustuję w dobrze oczyszczonym olejku rozmarynowyme) z niczym nie komponują się lepiej i nic lepiej nie utrwala ich zapachu. Próbowałam nawet zapach irysa nastawić na korzeniach kosaćca, bo wszak to niby jedno i to samo - nic z tego, to zupełnie co innego, a kompozycja dość mało udana.
Potem organizuję jakąś torebeczkę - tym razem z braku czasu taką z organzy, w której dostałam prezencik od teściowej, ale ponieważ co jakiś czas zawartość trzeba wymienić, można się wznieść na wyżyny i coś na woreczku wyhaftować (mi się takie ładne, haftowane dokumentnie rozeszły, a teraz robię w wełnie, więc na razie zarzuciłam haft).
Po wsypaniu przygotowanego wcześniej, pachnącego dobra trzeba już tylko zawiązać woreczek...
... i powiesić na wieszaku.
A wieszak wraz z ubrankiem....
... powiesić w szafie. Żeby był jednak jakiś akcent wełniany: ubranko czyli żakiecik jest alpaczany i ma dokładnie... 20 lat. W owym czasie nawet w "cywilizacji" mało kto słyszał o alpace. A u nas? Mnie się wówczas udało przypadkiem trafić (do dziś nie wiem, jak ten cud mógł się zdarzyć) na nią w sklepie "Merkury" na warszawskim Żoliborzu. Była skitrana gdzieś na dolnej półce (nikt nie wiedział, co to w ogóle jest ta alpaka) w ślicznie nawiniętych moteczkach gotowych do roboty (wtedy to była rzadkość) i wyprodukowała ją znana i dziś manufaktura Filatura di Crosa. Była tylko w tych dwóch kolorach: beżu i brązie. I była cieniutka (sweter robiony w dwie nitki). Kupiłam od razu blisko trzy kilo (i dwa kilo czystej angory, bo też tam była, i to w bogatszej gamie barw, i też Filatura di Crosa). Cud tym większy, że kupiłam za psie pieniądze, w cenie anilany w typowych wtedy motkach do przewijania, która leżała obok. Naprawdę nie wiem, kto ją sprowadził i dlaczego - to dla mnie zagadka do dziś. W każdym razie z beżowej od razu zrobiłam przepiękny (ech!) męski sweter (który mamusia właściciela uprała w pralce i to był koniec jego kariery), z brązowej sobie zrobiłam wielgachny ciepły sweter (po piętnastu latach noszenia moja mama go spruła i zrobiła sobie ładny rozpinany sweter), reszta z pół roku leżała. Do czasu, kiedy moja mentorka, cudowna kobieta o wielu talentach i umiejętnościach, prawdziwa dama, już nieżyjąca, nie wygłosiła zdania: "Na drutach można zrobić wszystko, ale szanelowski kostium trzeba sobie uszyć". Mnie jakby ktoś dźgnął drutem w tylną część ciała. Jak to się nie da? Mam z czego! No i tak powstało to ubranko (zrobiłam wykrój i według niego dziergałam - przypominam, że wówczas podkroje pach były w opisach wykonania rzadkością, reszta kaszka z mleczkiem - szanelowski żakiet to wszak "pudełko"). Jest do niego również spódniczka, typowa, szanelowska, z wrabianymi zaszewkami i guziczkiem. Morały są z tego dwa. Po pierwsze: nie ma rzeczy nie do zrobienia, nawet jeśli dookoła króluje bida z nędzą. Po drugie: dobry surowiec dobrze traktowany spokojnie przetrwa nawet i 40 lat (jeśli jest wełną, to nawet bez lawendy w szafie, chociaż mola strasznie się boję, bardziej niż lwa i wilków w lesie).
Wszyscy wiedzą, że bukiet można zasuszyć, ale trzeba to zrobić, zanim kwiaty zwiędną, a trochę szkoda, dopóki mogą cieszyć oko. Ja pozwalam kwiatkom cieszyć swoje oczy tak długo, jak się da, a potem... suszę płatki. Tu ostatni bukiet już się suszy.
Suszone płatki róż rzadko pachną same z siebie, a nawet jeśli pachną, to nie jest to zapach różany. Wyschnięte (na zdjęciu z bukietu sprzed miesiąca z okładem) wkładam do dającego się szczelnie zamknąć pudełka (uwielbiam szczelne pudełka, zawsze się przydają - to jest po lodach).
Trzymam je w tym pudełku co najmniej miesiąc, ale lepiej dwa - wówczas pachną co najmniej pół roku, i podlewam co 3-4 dni kilkoma kroplami różanego olejku zapachowego (prawdziwy eteryczny jest piekielnie drogi), potrząsam, zamykam, odstawiam i powtarzam. Różany olejek na płatkach róż sprawdza się nieźle. Jest coś, na czym sprawdza się w tej roli jeszcze lepiej - uwaga! Tym, którzy nie są miłośnikami (dość mdłego w istocie) zapachu lawendy, zdradzam sekret, nad którym uczciwie pracowałam dwa lata - najlepiej zapachy "nastawiać" na zielonej herbacie o sporych liściach (nie na "miale" herbacianym). Olejki eteryczne, również te prawdziwe (ja osobliwie gustuję w dobrze oczyszczonym olejku rozmarynowyme) z niczym nie komponują się lepiej i nic lepiej nie utrwala ich zapachu. Próbowałam nawet zapach irysa nastawić na korzeniach kosaćca, bo wszak to niby jedno i to samo - nic z tego, to zupełnie co innego, a kompozycja dość mało udana.
Potem organizuję jakąś torebeczkę - tym razem z braku czasu taką z organzy, w której dostałam prezencik od teściowej, ale ponieważ co jakiś czas zawartość trzeba wymienić, można się wznieść na wyżyny i coś na woreczku wyhaftować (mi się takie ładne, haftowane dokumentnie rozeszły, a teraz robię w wełnie, więc na razie zarzuciłam haft).
Po wsypaniu przygotowanego wcześniej, pachnącego dobra trzeba już tylko zawiązać woreczek...
... i powiesić na wieszaku.
A wieszak wraz z ubrankiem....
... powiesić w szafie. Żeby był jednak jakiś akcent wełniany: ubranko czyli żakiecik jest alpaczany i ma dokładnie... 20 lat. W owym czasie nawet w "cywilizacji" mało kto słyszał o alpace. A u nas? Mnie się wówczas udało przypadkiem trafić (do dziś nie wiem, jak ten cud mógł się zdarzyć) na nią w sklepie "Merkury" na warszawskim Żoliborzu. Była skitrana gdzieś na dolnej półce (nikt nie wiedział, co to w ogóle jest ta alpaka) w ślicznie nawiniętych moteczkach gotowych do roboty (wtedy to była rzadkość) i wyprodukowała ją znana i dziś manufaktura Filatura di Crosa. Była tylko w tych dwóch kolorach: beżu i brązie. I była cieniutka (sweter robiony w dwie nitki). Kupiłam od razu blisko trzy kilo (i dwa kilo czystej angory, bo też tam była, i to w bogatszej gamie barw, i też Filatura di Crosa). Cud tym większy, że kupiłam za psie pieniądze, w cenie anilany w typowych wtedy motkach do przewijania, która leżała obok. Naprawdę nie wiem, kto ją sprowadził i dlaczego - to dla mnie zagadka do dziś. W każdym razie z beżowej od razu zrobiłam przepiękny (ech!) męski sweter (który mamusia właściciela uprała w pralce i to był koniec jego kariery), z brązowej sobie zrobiłam wielgachny ciepły sweter (po piętnastu latach noszenia moja mama go spruła i zrobiła sobie ładny rozpinany sweter), reszta z pół roku leżała. Do czasu, kiedy moja mentorka, cudowna kobieta o wielu talentach i umiejętnościach, prawdziwa dama, już nieżyjąca, nie wygłosiła zdania: "Na drutach można zrobić wszystko, ale szanelowski kostium trzeba sobie uszyć". Mnie jakby ktoś dźgnął drutem w tylną część ciała. Jak to się nie da? Mam z czego! No i tak powstało to ubranko (zrobiłam wykrój i według niego dziergałam - przypominam, że wówczas podkroje pach były w opisach wykonania rzadkością, reszta kaszka z mleczkiem - szanelowski żakiet to wszak "pudełko"). Jest do niego również spódniczka, typowa, szanelowska, z wrabianymi zaszewkami i guziczkiem. Morały są z tego dwa. Po pierwsze: nie ma rzeczy nie do zrobienia, nawet jeśli dookoła króluje bida z nędzą. Po drugie: dobry surowiec dobrze traktowany spokojnie przetrwa nawet i 40 lat (jeśli jest wełną, to nawet bez lawendy w szafie, chociaż mola strasznie się boję, bardziej niż lwa i wilków w lesie).
Subskrybuj:
Posty (Atom)