Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kora kruszyny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kora kruszyny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2012

To nie tak miało być...

Mam kilka rozbabranych robótek i właściwie nic do pokazania z wyjątkiem pewnej porażki, ale pouczającej i zapewne z gatunku "wszystko dobrze się skończy".


Pod wpływem cudnych kolorów uzyskanych przez Alpi z farbowania czarną malwą ogarnął mnie nieziemski zapał. Czym prędzej nabyłam w sklepie zielarskim surowiec. Receptury nie znalazłam nigdzie, gdyż książki Dorothei Fischer, z której większość pobiera te trafione w dziesiątkę receptury, nie posiadam (ale nie wiem, czy nie odżałuję tych stu kilkudziesięciu złotych i nie nabędę drogą kupna). No i tu właściwie stanęłam dość bezradna przed problemem, co z tym dobrem zrobić. Znalazłam jednakowoż na pewnej angielskiej zielarskiej stronie internetowej  informację, że malwa z ałunem barwi na odcienie różowo-niebieskie, z żelazem na szaro, a z niebieskim siarczanem (dosł. blue vitriol, czyli rozumiem, że siarczanem miedziowym) na zielono. To już wiedziałam, czego nie mam, żeby uzyskać tę piękną zieleń: miedziowego siarczanu. Ale bardzo mi się spieszyło, uznałam więc, że wypróbuję te różowo-niebieskie odcienie na ałunie (bo ałun mam). Zabejcowałam więc wełnę, wygotowałam z malwy barwnik, przecedziłam.


Kolor miało jagodowy, znaczy: podchodzący, więc wrzuciłam wełnę, gotowałam z godzinę, ostudziłam, wyjęłam i...


Było szare. Szare szare. Uznałam, że mój błąd: w garze emalia obita w jednym miejscu, żelazo się do kąpieli barwiącej dostało, to i ja dostałam. Szarą wełnę. Uprałam, powiesiłam, a ona... zaczęła zielenieć. No, niestety, nie aż tak bardzo jakbym chciała, ale jednak trochę.


Jej "zzieleniałość" lepiej widać w świetle sztucznym.


Pobita efektami poszłam szukać wiedzy gdzie indziej, znaczy w broszurze pt. "Barwienie naturalne", gdzie wyczytałam, że kora kruszyny na ałunie daje czerwone wybarwienie. Na wszelki wypadek przeleciałam wzrokiem znaną wszystkim książkę Tuszyńskiej w tej sprawie, gdzie o kruszynie nie ma nic, ale jest o szakłaku, a to wszak to samo. I że można uzyskać i owszem ceglaną czerwień, ale trzeba dużo żrącej sody albo potasu. To ja grzecznie zabejcowałam wełnę w ałunie i kwaśnym winianie potasowym (kamień winny), wygotowałam z kory kruszyny (miała mieć co najmniej rok, a u mnie leży już półtora) barwnik, przecedziłam.


Kąpiel była ciemnobrązowa i nie rokowała czerwono. To dodałam wprost do gara (tym razem ze stali) i ałunu, i kamienia winnego, zmętniała. - Raz kozie śmierć, nie spróbujesz, wiedzieć nie będziesz - rzekłam i wrzuciłam wełnę. Gotowałam z godzinę, ostudziłam, uprałam i...


Musztarda. Na szczęście niesfilcowana (a fest się gotowała).
I teraz się zastanawiam, czy ich nie zmiksować i nie uprząść razem. Oddzielnie nadaje się tylko ta z malwy, ponieważ żółta jest piękna, ale tylko teoretycznie i do oglądania, bo nie wyobrażam sobie nikogo, kto by z tym kolorkiem solo w realu wytrzymał dłużej niż 15 minut. A że obydwie wełny są z owieczek Dorset Down, to miks technicznie całkiem sensowny. Ale czy kolorystycznie ma sens?
W każdym razie morał, jak to często bywa w moim klinicznym przypadku gwałtownego chciejstwa: g... chłopu, nie zegarek, jak kłonicą go nakręca.