Wszystko przez/dzięki Fafalu. Zobaczyłam u niej Bliss, bardzo ciekawy kołowrotek marki Woolmakers i tak trafiłam na strony internetowe tej firmy. Po pół roku obcowania z pożyczonym od Asi Appolinar drumkiem, już nie bardzo sobie wyobrażam życie bez tego narzędzia. Mój Puchatek uznał, że mam od kilku miesięcy bardzo ciężkie życie, należy mi się więc coś na pocieszenie i sfinansował zakup. No i mam go.
Mój nowy przyjaciel nazywa się Hero marki Woolmakers i jest... ładny. Widział ktoś ładną gręplarkę bębnową?
(Alles passierte dank Fafalu. Ich habe bei ihr Bliss von Woolmakers gesehen und so habe ich die Webseiten von Woolmakers gefunden. Nach einem halben Jahr mit der Kardiermaschiene von Asia Appolinar zu Hause habe ich mir mein Leben ohne das Garät nicht mehr vorgestellt. Mein Puchatek (Pooh-Mann) stellte fest, dass ich in den letzten Monaten wirklich schweres Leben hatte und unbedingt etwas zum Trost brauchte. Und hat mir die Anschaffung finanziert. Ich habe also meinen neuen Freund - Hero von Woolmakers. Hat jedmand eine schöne Kardiermaschine gesehen? Die ist schön!)
Cudowną zaletą w moim małym mieszkaniu jest to, że przyszedł w kartonie o wymiarach 49 x 29 x 18 cm i spokojnie się w nim mieści. Poniżej zdjęcie z moją ręką, widać jak jest niewielki.
(In meiner kleinen Wohnung vorteilhaft ist, dass die Maschine in einem Karton 49 x 29 x 18 cm angekommen ist. Darunter auf dem Bild mit meiner Hand sieht man gut, wie klein die Karde ist. )
Po wyjęciu trzeba tylko przykręcić korbkę, przykręcić go do stołu ściskami, bo jest dość lekki (ok. 3,5 kg) i jest gotowy do pracy.
(Man muss nur die Kurbel anschrauben, die Karde mit Clamps an den Tisch befestigen, weil die Maschine ziemlich leicht ist (ca. 3,5 kg) und man kann gleich arbeiten.)
W komplecie jest szczotka do czyszczenia i szpikulec do zdejmowania battów. Szerokość robocza 10 cm - i niewiele, i wiele, bo z większego bębna zdejmuje się batt nominalnie długości 83 cm, ale zawsze jest dłuższy, ma mniej więcej metr, bo rozciąga się przy zdejmowaniu.
(Ich habe auch dazu den Flicker - die Bürste zum Reinigen - und Pin - die Spicknadel bekommen. Die Arbeitsbreite beträgt 10 cm, und das stört mich nicht, das ist zwar nicht viel, aber das reicht, das Batt ist doch länger als das aus dem Classic Carder von Asia.)
Woolmakers to marka nowa, niesprawdzona. Mnie przekonało to, że i kołowrotki i gręplarki robi dla nich Louet, a to już renomowana firma z dużym doświadczeniem. Obejrzałam wszystko i wygląda na to, że jest to konstrukcyjnie i surowcowo Junior Loueta, tylko designersko dużo lepszy. I w dużo lepszej cenie. I w cenie jest też wysyłka do UE. Do 1. sierpnia. Mój dotarł do mnie kurierem dokładnie w tydzień po zakupie.
(Woolmakers ist eine neue, noch nicht bawährte Marke, die Geräte macht aber für sie Louet, und das ist doch die bawährte Firma mit grosser Erfahrung. Ich habe mir alles genau angesehen und ich denke, dass es einfach Junior von Louet ist, doch viel besser, wenn es um Design geht; und auch um den Preis. Versandkosten sind in dem Preis. Ich habe mein Hero in einer Woche nach dem Kauf bekommen.)
Postanowiłam więc go sprawdzić na najtrudniejszym surowcu - alpace suri. Jeśli ktoś pracował z surowym runem suri, wie, o czym mówię - długie kudły, które rozsypują się dookoła, gładkie, więc się o siebie nawzajem nie chcą zaczepiać. Na Classic Carderze Asi nieustannie musiałam przy niej czyścić wałki, na których obracają się bębny. Tu wszystkie te mechanizmy są schowane w plastikowych obudowach. Nie wiem, czy to lepiej. Na pewno mniej się tam włosów dostaje, ale czy w ogóle nie i czy się kiedyś nie zatrze, bo ja tego nie widzę, nie wiadomo.
(Ich habe beschlossen, dass ich mein Hero an dem schwierigsten Material prüfe - Surialpaka. Die rieselt schrecklich herum und am CC von Asia musste ich die ganze Zeit die Walzen an den Trommeln reinigen. Beim Hero sind alle Mechanismen in einen Plastikgehäuse verborgen. Ich weiss nicht, ob das vorteilhaft ist, oder nicht. Das schützt die Mechanismen, aber wer weiss, was in dem Gehäuse nach der Arbeit steckt? Sind die Haare da, oder nicht? Wird das mit der Zeit stören, oder nicht?)
Pracuje trochę inaczej niż Classic Carder. Inaczej podaje się runo, jest większa przestrzeń pod małym bębnem, więc nie można sobie przekłuć palców jak w Classic Carderze (z Hero można pracować po kieliszku wina, z CC przy obniżonym refleksie - kategorycznie nie, jak z jazdą samochodem, trzeba być trzeźwym i uważnym). Hero w porównaniu z CCjest dośc hałaśliwy, i dla mnie nie jest to przyjemny odgłos, ale do zniesienia. Batt zdejmuje się łatwo. Wyczyścić go również łatwo. Ja kręciłam batty po 20 g, ale wchodzi na niego więcej.
(Die Maschine arbeitet ein bisschen anders als CC. Es gibt mehr Platz unter dem kleinen Trommel, die Arbeit ist also sicherer (mit Hero kann man auch nach einem Glas Wein arbeiten, mit CC sollte man mit langer Leitung, gleich wie beim Autofahren, nicht arbeiten, CC kann die Finger durchbohren, man muss stocknüchtern sein). Hero ist auch im Vergleich mit CC laut, und ich finde das Geräusch nicht besonders schön. Es ist leicht, die Batts von Hero abzunehmen, leicht ist es auch, die Maschine zu reinigen. Ich habe 20 g-Batts gekurbelt, man kann aber auch grössere Batts machen.)
Jest natomiast bardzo skuteczny. Ma długie igły i po dwukrotnym przekręceniu wełny efekt czesania jest równie dobry jak po 4-5-krotnym kręceniu na CC. Chciałam zrobić zdjęcie pod światło, ale się nie udało, jak widać.
(Hero ist dafür sehr wirksam. Er hat lange Nadeln und nachdem ich die Wolle zweimal gekurbelt habe, habe ich ähnliches Ergebniss wie nach dem 4-5-maligen Kurbeln mit CC bekommen. Ich wollte das Bild darunter im Gegenlicht machen, es ist mir aber nicht gelungen. )
A ponieważ uczciwie można to stwierdzić tylko w robocie, jak ta wełna jest zgręplowana, zrobiłam 5 battów/100 g...
(Man kann etwas über die Qualität der Batts nur nach dem Verspinnen sagen. Ich habe also 5 Batts/100 g kardiert...)
... i sprzędłam. Rzeczywiście przędło mi sie równie dobrze, jak pięciokrotnie kręcone batty z CC.
(... und versponnen. Die lassen sich wirklich gleich wie die fünfmal gekurbelten Batts von CC verspinnen.)
Alpaka suri, dark rose grey, ok. 260 m/85 g. Zrobiłam ją dla mojej ulubionej sąsiadki. Podoba się!
(Surialpaka, dark rose grey, ca 260 m/85 g. Ich habe das Garn speziell für meine beliebte Nachbarin gesponnen. Es gefällt ihr!)
Innych eksperymentów na razie nie mam czasu z drumkiem przeprowadzić. Ale podobno można robić na nim również tzw. dzikie batty. Popróbuję, jak znajdę trochę czasu. Nie wiecie gdzie go szukać?
(Im Moment habe ich keine Zeit, noch andere Experimente mit dem Hero zu machen. Die "wilden" Batts kann man angeblich daran auch kurbeln. Ich würde probieren, wenn ich Zeit hätte. Wissen sie nicht, wo ich die (Frei)Zeit suchen sollte?)
Pozdrawiam serdecznie!
Liebe Grüsse!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narzędzia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narzędzia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 lipca 2013
czwartek, 4 lipca 2013
TdF - etap II i zaległość
Urobek z poniedziałku i wtorku: nasza polska owca biała zgęplowana jak Pan Bóg przykazał - 200 m/65 g, po praniu. Przędła się świetnie.
(Das Garn aus dem polnischen "weissen Schaf" n/n habe ich am Montag und Dienstag gesponnen - 200 m/65 g.)
Poza tym z grubsza zgręplowałam też trochę... psów, a ściślej suk.
Poniżej niecałe 100 g runa z Zuzki rasy Husky, psicy kolejnego ze zwierzęcych doktorów z naszej lecznicy, specjalnie sfotografowane przy odkurzaczu, żeby było widać jaka to góra kudłów.
(Ich habe auch... Hundewolle grob kardiert. Der Haufen - absichtlich am Staubsauger fotografiert - ist ca. 100 g des lockeren Vlieses von Husky - Zuzka unseres Tierarztes.)
I trochę - nie ważyłam - runa z Sary (niemieckiego owczarka) mojej teściowej. Wygląda podobnie, ale jest dużo cięższe.
(Darunter die Haare vom Schäferhund Sara meiner Schwiegermutter. Die Wolle sieht ähnlich aus, ist aber viel schwerer.)
Zaległość dotyczy czesaków od Marianki, które pokazywałam w kwietniu, o tych:
(Der Titelrückstand zum Aufholen betrifft die Combs von Marianka, die ich im April gezeigt habe, konkret diese:)
Dostałam od Marianki wiadomość, że można je już kupić od niej bezpośrednio, w jej sklepiku na portalu Fler.cz: http://www.fler.cz/marianka-9, a tu taki komplet jak mój: http://www.fler.cz/zbozi/hrebinek-2-kartace-na-cesani-ovciho-rouna-3650312. Ceny są podane w Euro, nadzwyczajnie korzystne. Ja ze swoich jestem zadowolona, musiałam tylko dziurki w "hrebinku" przewiercić w poprzek na ściski stolarskie, bo ten w założeniu jest przykręcamy do blatu od góry.
Ale żeby kupować na Fler, trzeba się tam zarejestrować, co sensu wiele nie ma. Można więc też napisać e-mail do Marianki, w lewym górnym rogu strony pod zdjęciem owieczki jest pasek z ikonka listu i napisem "poslat zpravu", podać swój e-mail i wyłuszczyć potrzeby. Ja do Marianki piszę po polsku, ona do mnie po czesku i jakoś się rozumiemy.
(Marianka hat mir geschrieben, daß man schon alles direkt bei ihr kaufen und sich alles in ihrem Geschäftchen bei Fler.cz genau ansehen kann, vor allem die wunderschönen Preise in Euro: http://www.fler.cz/marianka-9. Hier solch eine Garnitur wie die meine: http://www.fler.cz/zbozi/hrebinek-2-kartace-na-cesani-ovciho-rouna-3650312. Wenn man sich nicht beim Fler registrieren möchte, kann an Marianka ein E-mail schreiben. Unter dem Bild mit Schaf - in der linken Ecke der Seite ist ein Streifen, wo "poslat zpravu" - etwa "Kontakt" - geschrieben steht. Wenn man ihr seine E-mailadresse gibt, antwortet Marianka immer. )
Pozdrawiam cieplutko i lecę znów na chwilę do kołowrotka.
Ich grüße Alle herzlich und gehe zu meinem Spinnrad.
(Das Garn aus dem polnischen "weissen Schaf" n/n habe ich am Montag und Dienstag gesponnen - 200 m/65 g.)
Poza tym z grubsza zgręplowałam też trochę... psów, a ściślej suk.
Poniżej niecałe 100 g runa z Zuzki rasy Husky, psicy kolejnego ze zwierzęcych doktorów z naszej lecznicy, specjalnie sfotografowane przy odkurzaczu, żeby było widać jaka to góra kudłów.
(Ich habe auch... Hundewolle grob kardiert. Der Haufen - absichtlich am Staubsauger fotografiert - ist ca. 100 g des lockeren Vlieses von Husky - Zuzka unseres Tierarztes.)
I trochę - nie ważyłam - runa z Sary (niemieckiego owczarka) mojej teściowej. Wygląda podobnie, ale jest dużo cięższe.
(Darunter die Haare vom Schäferhund Sara meiner Schwiegermutter. Die Wolle sieht ähnlich aus, ist aber viel schwerer.)
Zaległość dotyczy czesaków od Marianki, które pokazywałam w kwietniu, o tych:
(Der Titelrückstand zum Aufholen betrifft die Combs von Marianka, die ich im April gezeigt habe, konkret diese:)
Dostałam od Marianki wiadomość, że można je już kupić od niej bezpośrednio, w jej sklepiku na portalu Fler.cz: http://www.fler.cz/marianka-9, a tu taki komplet jak mój: http://www.fler.cz/zbozi/hrebinek-2-kartace-na-cesani-ovciho-rouna-3650312. Ceny są podane w Euro, nadzwyczajnie korzystne. Ja ze swoich jestem zadowolona, musiałam tylko dziurki w "hrebinku" przewiercić w poprzek na ściski stolarskie, bo ten w założeniu jest przykręcamy do blatu od góry.
Ale żeby kupować na Fler, trzeba się tam zarejestrować, co sensu wiele nie ma. Można więc też napisać e-mail do Marianki, w lewym górnym rogu strony pod zdjęciem owieczki jest pasek z ikonka listu i napisem "poslat zpravu", podać swój e-mail i wyłuszczyć potrzeby. Ja do Marianki piszę po polsku, ona do mnie po czesku i jakoś się rozumiemy.
(Marianka hat mir geschrieben, daß man schon alles direkt bei ihr kaufen und sich alles in ihrem Geschäftchen bei Fler.cz genau ansehen kann, vor allem die wunderschönen Preise in Euro: http://www.fler.cz/marianka-9. Hier solch eine Garnitur wie die meine: http://www.fler.cz/zbozi/hrebinek-2-kartace-na-cesani-ovciho-rouna-3650312. Wenn man sich nicht beim Fler registrieren möchte, kann an Marianka ein E-mail schreiben. Unter dem Bild mit Schaf - in der linken Ecke der Seite ist ein Streifen, wo "poslat zpravu" - etwa "Kontakt" - geschrieben steht. Wenn man ihr seine E-mailadresse gibt, antwortet Marianka immer. )
Pozdrawiam cieplutko i lecę znów na chwilę do kołowrotka.
Ich grüße Alle herzlich und gehe zu meinem Spinnrad.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Niestety, samo się nie robi!
Drumię, ile wlezie! A nie za wiele wchodzi! Nie dlatego, że coś jest z drumkiem nie tak, wszystko jak trzeba. To wspaniałe urządzeinie i oszalałam na jego punkcie. Wciąż myślę, jak sobie takiego wyczarować. To ze mną wszystko było nie tak. Bo wydawało mi się, że korbką wystarczy zakręcić i samo się zrobi. Niestety! Nie dość, że trzeba uczciwie popracować, to jeszcze trzeba wiedzieć jak. Gręplarka bębnowa (co za ohydna nazwa) to urządzenie, ktore wymaga pewnej wiedzy, jak kołowrotek. Do kołowrotka też się nie siada, tu ruszy nóżką, tam ruszy rączką i niteczka cienka i równiutka jak marzenie nawija się sama na szpuleczkę. Wiec po pięciu dniach uczenia się pilnie, jak i co wychodzi i co z tego, co wyszło, wychodzi, mam już pewien zestaw doświadczeń. I uszczęśliwia mnie to niepomiernie, do tego stopnia, że aż zachciało mi się miksów. O!
Miks firmowy, efekt podobny, jak w przedświątecznym miksie z szarą alpaką na szalik dla teściowej, metoda drumkowa, nie ręczna. Tym razem merynos 23 mic. superwash, farbowany na czarno w garze (gotowany trzy razy z toną barwnika, zamrażany w ramach studzenia, a i tak musiałam wyrwać brązowe łaty - horror!) ok. 87% i superbright trilobal nylon własnoręcznie farbowany 13%. W sumie nadrumiłam tego (dwukrotnie) z 17 deko. Mimo dwukrotnego drumienia, nylon lepiej rozkłada się w metodzie ręcznego miksowania na szczotkach.
Kurz: Ich habe gedacht, daß es reicht, wenn ich nur mit der Kurbel der Kardiermaschine drehe. Ich habe mich geirrt, leider. Ich musste zuerst lernen, wie man mit der Maschine arbeitet. Es dauerte fünf Tage lang, bis ich den ersten gemischten Vlies gemacht habe. Es ist selbstschwarzgefärbte superwash Merinowolle 87% und auch selbstgefärbtes super bright trilobal Nylon. Mit den Handkarden habe ich Alpaka mit Nylon besser gemischt, obwohl ich Merino mit Nylon zweimal mit Kardiertrommel kardiert habe.
A przedtem, uświadomiona przez Asię, że wełnę trzeba przed drumieniem rozluźnić, rozluźniłam. I to "drobienie" alpaki zajmuje mnóstwo czasu.
Kurz: Asia hat mir früher gesagt, daß ich die Wolle vor der Arbeit lockern muß. Es nimmt sehr viel Zeit in Anspruch.
To jest porcja na błam, ktory będzie ważył nie więcej niż 2 deko. Poniżej suri rozdrobniona.
Es ist nicht mehr als 20 Gramm Alpakawolle. Darunter Suri, gelockert.
Wygląda zupełnie inaczej. A przy alpace w kolorze toffi, to już nawet wiedziałam, że i gdzie trzeba założyć szczotkę, żeby błamy nie były tak puchate i można było nawet ze 4 deko błamu ukręcić.
Wenn ich diese Portion kardiert habe, wußte ich schon, daß ich die Bürste montieren soll und wohin ich sie stecken muß. Die Vliese sind dann nicht so fluffig und ich kann mehr Wolle auf einmal kardieren.
Bo taki błam zajmuje mnóstwo miejsca. Mogłoby się wydawać, że to, co na zdjęciu, to straszna góra wełny.
Die kardierten Vliese sind riesengroß. Es sieht wie ein Berg von Wolle aus.
Nie, to tylko 8 deko - wtedy jeszcze nie wiedziałam, że trzeba założyć szczotkę.
Nein, es ist nur 80 Gramm - kardiert noch ohne Bürste.
Nadrumiłam więc z alpaki, najpierw drobionej, pierwszego dnia całe 7 deko.
Am ersten Tag habe ich nur 70 Gramm kardiert.
Przekręciłam tylko raz, bez szczotki i wrzuciłam na kołowrotek. No i nie wychodzi równiuteńko, czesana ręcznymi gręplami wychodziła równiej.
Ich habe sie nur einmal gedreht, ohne Bürste. Dann habe ich es gesponnen. Das Garn ist nicht besonders gleichmässig. Das handkardierte war gleichmäßiger.
Nie dlatego, że technika zła, tylko dlatego, że ja nie znałam techniki. G... chłopu, nie zegarek, jak kłonicą go nakręca. Teraz jest już lepiej, bo krecę ze szczotką, dwukrotnie, pomalutku i podaję te loki w miarę możliwości wzdłuż, czyli "drobię" wełnę na bieżąco, a nie przygotowuję ją wcześniej.
Jetzt kardiere ich zweimal, mit Bürste, langsam und rücke ich die Wollelocken längs, wenn es möglich ist, ich lockere also die Wolle fortlaufend, bereite sie nicht früher vor.
Ukręciłam już prawie wszystko na sweter dla Puchatka.
Ich habe fast alle Wolle für den Pullover für meinen Mann kardiert.
Trochę alpaki w trzech kolorach do ewentualnego zmiksowania. Warto? Bo nie wiem, czy mieszać, czy tak zostawić.
Auch ein bißchen Alpakawolle in drei Farben zum Mischen. Ich bin aber nicht sicher, ob ich die Farben mischen soll.
Wymieszałam (dwukrotnie) szarego merynosa (75%) z ufarbowanym w tęczę tencelem (25%), 20 deko. Na marginesie: tencel mam też od Asi.
Graue Merinowolle (75%) mit selbstgefärbtem Regenbogentencel, 200 Gramm, zweimal kardiert.
I trochę alpaki czarnej, szarej i białej z ufarbowaną na jasnokoralowo, z czego wyszedł róż, 13 deko.
130 Gramm Alpakawolle, schwarz, grau und weiss mit rosagefärbt, auch zweimal kardiert.
Też kręcona dwukrotnie.
No i mam zagwozdkę. Ufarbowałam też trochę alpaki na oranż i morski. I nie wiem, z czym ją wymieszać. Opcje sa takie:
Und jetzt habe ich eine Knacknuss. Ich habe auch ein bißchen Alpaka in Orange und Petrol gefärbt und bin nicht sicher, womit ich es mischen will.
Z czekoladowym brązem
(schockoladenbraun)
Z brązem i toffi
(braun und toffi)
Czy z czarną?
(oder mit schwarz)
Może coś podpowiecie?
Vielleicht flüstert ihr mir etwas zu?
Miks firmowy, efekt podobny, jak w przedświątecznym miksie z szarą alpaką na szalik dla teściowej, metoda drumkowa, nie ręczna. Tym razem merynos 23 mic. superwash, farbowany na czarno w garze (gotowany trzy razy z toną barwnika, zamrażany w ramach studzenia, a i tak musiałam wyrwać brązowe łaty - horror!) ok. 87% i superbright trilobal nylon własnoręcznie farbowany 13%. W sumie nadrumiłam tego (dwukrotnie) z 17 deko. Mimo dwukrotnego drumienia, nylon lepiej rozkłada się w metodzie ręcznego miksowania na szczotkach.
Kurz: Ich habe gedacht, daß es reicht, wenn ich nur mit der Kurbel der Kardiermaschine drehe. Ich habe mich geirrt, leider. Ich musste zuerst lernen, wie man mit der Maschine arbeitet. Es dauerte fünf Tage lang, bis ich den ersten gemischten Vlies gemacht habe. Es ist selbstschwarzgefärbte superwash Merinowolle 87% und auch selbstgefärbtes super bright trilobal Nylon. Mit den Handkarden habe ich Alpaka mit Nylon besser gemischt, obwohl ich Merino mit Nylon zweimal mit Kardiertrommel kardiert habe.
A przedtem, uświadomiona przez Asię, że wełnę trzeba przed drumieniem rozluźnić, rozluźniłam. I to "drobienie" alpaki zajmuje mnóstwo czasu.
Kurz: Asia hat mir früher gesagt, daß ich die Wolle vor der Arbeit lockern muß. Es nimmt sehr viel Zeit in Anspruch.
To jest porcja na błam, ktory będzie ważył nie więcej niż 2 deko. Poniżej suri rozdrobniona.
Es ist nicht mehr als 20 Gramm Alpakawolle. Darunter Suri, gelockert.
Wygląda zupełnie inaczej. A przy alpace w kolorze toffi, to już nawet wiedziałam, że i gdzie trzeba założyć szczotkę, żeby błamy nie były tak puchate i można było nawet ze 4 deko błamu ukręcić.
Wenn ich diese Portion kardiert habe, wußte ich schon, daß ich die Bürste montieren soll und wohin ich sie stecken muß. Die Vliese sind dann nicht so fluffig und ich kann mehr Wolle auf einmal kardieren.
Bo taki błam zajmuje mnóstwo miejsca. Mogłoby się wydawać, że to, co na zdjęciu, to straszna góra wełny.
Die kardierten Vliese sind riesengroß. Es sieht wie ein Berg von Wolle aus.
Nie, to tylko 8 deko - wtedy jeszcze nie wiedziałam, że trzeba założyć szczotkę.
Nein, es ist nur 80 Gramm - kardiert noch ohne Bürste.
Nadrumiłam więc z alpaki, najpierw drobionej, pierwszego dnia całe 7 deko.
Am ersten Tag habe ich nur 70 Gramm kardiert.
Przekręciłam tylko raz, bez szczotki i wrzuciłam na kołowrotek. No i nie wychodzi równiuteńko, czesana ręcznymi gręplami wychodziła równiej.
Ich habe sie nur einmal gedreht, ohne Bürste. Dann habe ich es gesponnen. Das Garn ist nicht besonders gleichmässig. Das handkardierte war gleichmäßiger.
Nie dlatego, że technika zła, tylko dlatego, że ja nie znałam techniki. G... chłopu, nie zegarek, jak kłonicą go nakręca. Teraz jest już lepiej, bo krecę ze szczotką, dwukrotnie, pomalutku i podaję te loki w miarę możliwości wzdłuż, czyli "drobię" wełnę na bieżąco, a nie przygotowuję ją wcześniej.
Jetzt kardiere ich zweimal, mit Bürste, langsam und rücke ich die Wollelocken längs, wenn es möglich ist, ich lockere also die Wolle fortlaufend, bereite sie nicht früher vor.
Ukręciłam już prawie wszystko na sweter dla Puchatka.
Ich habe fast alle Wolle für den Pullover für meinen Mann kardiert.
Trochę alpaki w trzech kolorach do ewentualnego zmiksowania. Warto? Bo nie wiem, czy mieszać, czy tak zostawić.
Auch ein bißchen Alpakawolle in drei Farben zum Mischen. Ich bin aber nicht sicher, ob ich die Farben mischen soll.
Wymieszałam (dwukrotnie) szarego merynosa (75%) z ufarbowanym w tęczę tencelem (25%), 20 deko. Na marginesie: tencel mam też od Asi.
Graue Merinowolle (75%) mit selbstgefärbtem Regenbogentencel, 200 Gramm, zweimal kardiert.
I trochę alpaki czarnej, szarej i białej z ufarbowaną na jasnokoralowo, z czego wyszedł róż, 13 deko.
130 Gramm Alpakawolle, schwarz, grau und weiss mit rosagefärbt, auch zweimal kardiert.
Też kręcona dwukrotnie.
No i mam zagwozdkę. Ufarbowałam też trochę alpaki na oranż i morski. I nie wiem, z czym ją wymieszać. Opcje sa takie:
Und jetzt habe ich eine Knacknuss. Ich habe auch ein bißchen Alpaka in Orange und Petrol gefärbt und bin nicht sicher, womit ich es mischen will.
Z czekoladowym brązem
(schockoladenbraun)
Z brązem i toffi
(braun und toffi)
Czy z czarną?
(oder mit schwarz)
Może coś podpowiecie?
Vielleicht flüstert ihr mir etwas zu?
wtorek, 22 stycznia 2013
Postępów jakby mało
Wszystko zaczynam, niewiele kończę. Jedyną skończoną rzeczą są, jak się należało domyślać, skarpetki. Tym razem jak góralskie, tylko z Herdwicka. Puchatek pożyczył mi nóg do zdjęć.
Bo skarpetki nie są dla niego. Marlena podpowiedziała mi kiedyś, że mojemu znakomitemu listonoszowi, Panu Marcinowi, za to, że te kłaki w ilości przemysłowej bez szemrania mi przynosi, powinnam odwdzięczyć się ciepłymi skarpetkami na mrozy. To ostatnio nieśmiało zapytałam, czy by chciał. Chciał! A że parametry nożne ma takie jak Puchatek, miałam się do czego domierzyć.
Są grubaśne, a z Herdwicka muszą być ciepłe. Może się nadadzą. Puchatek nadal odmawia noszenia wełnianych skarpetek, więc nawet nie puchnie z zazdrości. Za to odkąd obejrzał Celtic Collection Alice Starmore, widzę, że koncepcja swetra w dziewięciu kolorach "podobnego do" ewoluuje w kierunku "taki kolorowy jak z tej książki". Obawiam się więc, że zanim sprzędę tę alpakę, sobie będę mogła zrobić sweter "podobny do", bo on już będzie pewny, że chce "taki jak z książki".
Kurz: Ich habe einen außergewöhnlich zuverlässigen Briefträger, der mir immer die großen Pakete mit bestellter Wolle bringt - er muß es nicht machen, er kann mir nur die Mitteilung lassen, das meine Pakete im Postamt warten. Eine der Kolleginen hat mir vorgesagt, daß ich ihm dafür warme Socken stricken kann. Ich habe also im Sommer gesponnene Herdwickwolle genommen und ihm die Socken gestrickt. Sein Fuß ist ähnlich den Füßen meines Mannes, ich hatte also kein Problem. Mein Mann möchte keine Wollesocken, ich habe also wieder kein Problem - er ist auf die Socken nicht neidisch.
A właśnie - Pan Marcin przyniósł mi wczoraj alpakę w kolejnym kolorze.
Zdjęcie robione z lampą, w realu kolor jest ciut ciemniejszy, takie ciemne toffi. Pokazuję ją, żeby świat wiedział, co się powinno dostawać od cywilizowanego hodowcy. Nie ma co przebierać, tylko włożyć do siatki i przeprać. Żadnych paprochów.
Kurz: Gestern hat mir mein Briefträger noch ein Paket mit Alpaka gebracht. Ich habe das Bild gemacht, damit alle wissen, wie Alpaka vom guten Züchter aussieht - keine Verunreinigungen, fast sauber, man kann gleich waschen oder auch gleich spinnen.
W zeszłym tygodniu ufarbowałam trochę merynosa superwash. Spieszyłam się, więc wyszedł łaciaty.
I cienki merynos, i cienkie BFL zawsze sprawiały mi trochę kłopotu, bo chwytały barwnik z wierzchu i jeśli ich nie rozgrzebałam i nie nasączyłam farbką dokładnie, nie wychodziły równe, zwłaszcza w jasnych kolorach. Superwash farbowałam drugi raz. Poprzedni była to jednak wełna Shropshire, która pięknie przyjęła kolor. Jak chodzi o merynosa, wniosek nasuwa mi się taki, że w wersji superwash jest w farbowaniu jeszcze bardziej niewdzięczny.
Kurz: Vorige Woche habe ich ein bißchen Merino superwash gefärbt. Ich habe mich beeilt und die Wolle ist scheckig. Ich hatte immer Probleme mit Merino und BFL - ich musste es sehr genau, auch im Inneren der Band mit Farbe durchtränken. Mit Merino superwash geht es mir noch schwieriger.
No i wiadomość miesiąca: drumek od Asi (Appolinar) już jest u mnie.
Dziś będę się z nim zapoznawać. A w folii otulającej drumka znalazłam od Asi prezent. Po prostu bajeczny.
To jest skorupka prawdziwego, wielgachnego jajka. Leży sobie w gniazdku z wełnianej czesanki, zapakowane w przezroczystą tubę.
Na górze ma śliczne wieszadełko.
A powieszone prezentuje się doskonale, tylko warunki świetlne do robienia zdjęć u mnie marne.
Cudne jest. Jeśli ktoś jeszcze nie widział jajek Asi z zeszłego roku, proponuję zajrzeć tutaj. Jak koronka, jak haft Richelieu. Bardzo jestem Asi wdzięczna za to wielkanocne jajo. I za pożyczenie drumka też.
Kurz: Der geliehene von Asia Drum carder ist schon bei mir zu Hause. Heute werde ich ihn genauer kennenlernen. Im Karton habe ich auch ein wunderschönes Geschenk gefunden - das Osterei. Es ist gross, ich meine, dass es Gänseei ist. Asia hat im vorigen Jahr auch durchaus schöne, Richelieustickerei ähnliche Ostereier gemacht - man kann sie hier sehen. Ich bin Asia sehr dankbar, sowohl für das Ei, als auch für den Drum carder.
Bo skarpetki nie są dla niego. Marlena podpowiedziała mi kiedyś, że mojemu znakomitemu listonoszowi, Panu Marcinowi, za to, że te kłaki w ilości przemysłowej bez szemrania mi przynosi, powinnam odwdzięczyć się ciepłymi skarpetkami na mrozy. To ostatnio nieśmiało zapytałam, czy by chciał. Chciał! A że parametry nożne ma takie jak Puchatek, miałam się do czego domierzyć.
Są grubaśne, a z Herdwicka muszą być ciepłe. Może się nadadzą. Puchatek nadal odmawia noszenia wełnianych skarpetek, więc nawet nie puchnie z zazdrości. Za to odkąd obejrzał Celtic Collection Alice Starmore, widzę, że koncepcja swetra w dziewięciu kolorach "podobnego do" ewoluuje w kierunku "taki kolorowy jak z tej książki". Obawiam się więc, że zanim sprzędę tę alpakę, sobie będę mogła zrobić sweter "podobny do", bo on już będzie pewny, że chce "taki jak z książki".
Kurz: Ich habe einen außergewöhnlich zuverlässigen Briefträger, der mir immer die großen Pakete mit bestellter Wolle bringt - er muß es nicht machen, er kann mir nur die Mitteilung lassen, das meine Pakete im Postamt warten. Eine der Kolleginen hat mir vorgesagt, daß ich ihm dafür warme Socken stricken kann. Ich habe also im Sommer gesponnene Herdwickwolle genommen und ihm die Socken gestrickt. Sein Fuß ist ähnlich den Füßen meines Mannes, ich hatte also kein Problem. Mein Mann möchte keine Wollesocken, ich habe also wieder kein Problem - er ist auf die Socken nicht neidisch.
A właśnie - Pan Marcin przyniósł mi wczoraj alpakę w kolejnym kolorze.
Zdjęcie robione z lampą, w realu kolor jest ciut ciemniejszy, takie ciemne toffi. Pokazuję ją, żeby świat wiedział, co się powinno dostawać od cywilizowanego hodowcy. Nie ma co przebierać, tylko włożyć do siatki i przeprać. Żadnych paprochów.
Kurz: Gestern hat mir mein Briefträger noch ein Paket mit Alpaka gebracht. Ich habe das Bild gemacht, damit alle wissen, wie Alpaka vom guten Züchter aussieht - keine Verunreinigungen, fast sauber, man kann gleich waschen oder auch gleich spinnen.
W zeszłym tygodniu ufarbowałam trochę merynosa superwash. Spieszyłam się, więc wyszedł łaciaty.
I cienki merynos, i cienkie BFL zawsze sprawiały mi trochę kłopotu, bo chwytały barwnik z wierzchu i jeśli ich nie rozgrzebałam i nie nasączyłam farbką dokładnie, nie wychodziły równe, zwłaszcza w jasnych kolorach. Superwash farbowałam drugi raz. Poprzedni była to jednak wełna Shropshire, która pięknie przyjęła kolor. Jak chodzi o merynosa, wniosek nasuwa mi się taki, że w wersji superwash jest w farbowaniu jeszcze bardziej niewdzięczny.
Kurz: Vorige Woche habe ich ein bißchen Merino superwash gefärbt. Ich habe mich beeilt und die Wolle ist scheckig. Ich hatte immer Probleme mit Merino und BFL - ich musste es sehr genau, auch im Inneren der Band mit Farbe durchtränken. Mit Merino superwash geht es mir noch schwieriger.
No i wiadomość miesiąca: drumek od Asi (Appolinar) już jest u mnie.
Dziś będę się z nim zapoznawać. A w folii otulającej drumka znalazłam od Asi prezent. Po prostu bajeczny.
To jest skorupka prawdziwego, wielgachnego jajka. Leży sobie w gniazdku z wełnianej czesanki, zapakowane w przezroczystą tubę.
Na górze ma śliczne wieszadełko.
A powieszone prezentuje się doskonale, tylko warunki świetlne do robienia zdjęć u mnie marne.
Cudne jest. Jeśli ktoś jeszcze nie widział jajek Asi z zeszłego roku, proponuję zajrzeć tutaj. Jak koronka, jak haft Richelieu. Bardzo jestem Asi wdzięczna za to wielkanocne jajo. I za pożyczenie drumka też.
Kurz: Der geliehene von Asia Drum carder ist schon bei mir zu Hause. Heute werde ich ihn genauer kennenlernen. Im Karton habe ich auch ein wunderschönes Geschenk gefunden - das Osterei. Es ist gross, ich meine, dass es Gänseei ist. Asia hat im vorigen Jahr auch durchaus schöne, Richelieustickerei ähnliche Ostereier gemacht - man kann sie hier sehen. Ich bin Asia sehr dankbar, sowohl für das Ei, als auch für den Drum carder.
piątek, 7 grudnia 2012
Wielbłąd - bynajmniej nie na pustyni...
Kupiłam jakiś rok temu kilka wełen do przędzenia, filcowania (chyba pilśniarki powinny się tym bardziej zainteresować) albo jako wkłady do narzut, kołderek itp. w postaci tzw. vliesu. Z niemieckiego Vlies to po prostu runo i trochę to człowieka wprowadza w błąd. Bo jeśli chce kupić po prostu prane runo, powinien szukać Flocke, a Vlies to "runo" już zgręplowane w postaci płatu, w którym włókna są poukładane w różne strony. Nie wiem, jak to nazwać po polsku lepiej niż płat, bo to może wyglądać podobnie do angielskiego batta, ale nie ma kudła ułożonego w jednym kierunku, jak z drumka.
Leżały i leżały te vliesy, bo nie miałam odwagi się z nimi zmierzyć. A jak już nabrałam odwagi, od razu zabrałam się za najtrudniejszy - wielbłąda. Powstało z niego na razie tyle.
Warunki świetlne marne, ale kolor bardzo bliski rzeczywistości. Sprzędłam na razie 21 deko w dwóch motkach: 345 m/120 g i 247 m/92 g. Wbrew moim obawom to się znakomicie i miło (tylko nudno) przędzie, mimo że kudełki są króciutkie. Niemniej początki były trudne, co okazało sie przy skręcaniu końcówki z pierwszej szpuli. Początek był tak przekręcony, że niemalże nie do skręcenia z drugim singlem.
Vlies wygląda tak:
Podzieliłam to na mniejsze kawałki i po prostu z nich przędłam. W tym vliesie było sporo nasionek i innych drobnych fafuśniaków. Mam nadzieję, że to, co nie wypadło po drodze, uwolni się w praniu, bo włóczki jeszcze nie prałam, skończyłam wczoraj w nocy.
Naprzędłam dwie szpule i niewiele rzeczy tak mnie znudziło jak to. Single nie są idealnie równe, więc i włóczka też nie jest. Zdarzały się miejsca grubsze i cieńsze.
Przy skręcaniu, kiedy single się rozprężały i "rozpuszały", dopiero było widać jak bardzo były nierówne.
Trudno. Pierwsze koty za płoty, już wiem, jak się przędzie te vliesy, następnym razem będzie lepiej. Tego wielbłąda mam jeszcze pół kilo (i to nie koniec moich garbatych wyczynów, bo jeszcze 70 deko baby w taśmie czeka).
Zgodnie z obietnicą dokonałam też przedwczoraj uszycia nocnych koszulek. Te też idealnie gładkie i równe nie są (ze względu na nadzwyczajną elastyczność materii i brak overlocka), ale co tam, nie będę z nich przecież strzelać.
Jedna już nawet weszła do codziennego użytku.
Rzecz trzecia: uległam - nie ja jedna - urokowi nowego produktu KnitPro o nazwie Carbonz. Uwiedziona niklowanymi okutkami na czarnym węglowym włóknie kupiłam sobie (o rozrzutna!) drutki długie i drutki pończosznicze (na żyłce nie lubię). Żeby te ostatnie wypróbować, pochwyciłam kupną skarpetkową włóczkę kolorową marki OnLine i zaczęłam działać.
Zdziałałam dotychczas niewiele, ale dostatecznie dużo, żeby wywieść kilka wniosków.
Wnioski w sprawie drutków: piękne, piękne, włókno węglowe ciepłe i lekkie, ale przejście pomiędzy metalem a włóknem wyraźnie wyczuwalne, nie tylko pod palcem, w przesuwaniu się robótki, niestety, takoż. Czyli raczej do robienia luźno.
Wnioski w sprawie włóczki: koń, jaki jest, każdy widzi. Niewidomy chyba ten zestaw kolorów projektował na zasadzie ciepłe, półciepłe, półzimne, zimne (obwód - jak Pan Bóg przykazał - klasycznie, na 56 oczek, ale nie daje sie trafić z długością odcinka). A tak ładnie w moteczku wyglądała! Zaczęłam (bo potrzebowałam czegoś do robienia w oczekiwaniu u wciąż obsuwającej sie o 40 minut protetyczki), to skończę. Ale wracam do robienia skarpet z własnych produktów kolorystycznych.
Rzecz czwarta: nakłamałam w komentarzu u VioliS, że nie dostałam prezentu na mikołajki. Dostałam, tylko w postaci awiza na prezent (mój Pan Marcin na chorobowym - jak należało się spodziewać po uczciwym listonoszu w okresie przedświatecznym, uszkodził sobie bark). Dziś odebrałam z poczty.
Od Vlad'ki. I w tej sprawie na razie tyle, bo to są prawdziwe cuda nad cudami, unikaty - absolutnie niedostępne nigdzie indziej i w żaden inny sposób, które trzeba sfotografować po ludzku i w ogóle zasługują na zupełnie osobnego posta. Którego niniejszym obiecuję.
Leżały i leżały te vliesy, bo nie miałam odwagi się z nimi zmierzyć. A jak już nabrałam odwagi, od razu zabrałam się za najtrudniejszy - wielbłąda. Powstało z niego na razie tyle.
Warunki świetlne marne, ale kolor bardzo bliski rzeczywistości. Sprzędłam na razie 21 deko w dwóch motkach: 345 m/120 g i 247 m/92 g. Wbrew moim obawom to się znakomicie i miło (tylko nudno) przędzie, mimo że kudełki są króciutkie. Niemniej początki były trudne, co okazało sie przy skręcaniu końcówki z pierwszej szpuli. Początek był tak przekręcony, że niemalże nie do skręcenia z drugim singlem.
Vlies wygląda tak:
| Pod wpływem błysku z lampy Vlies pięknie "zaświecił" |
Naprzędłam dwie szpule i niewiele rzeczy tak mnie znudziło jak to. Single nie są idealnie równe, więc i włóczka też nie jest. Zdarzały się miejsca grubsze i cieńsze.
Przy skręcaniu, kiedy single się rozprężały i "rozpuszały", dopiero było widać jak bardzo były nierówne.
Trudno. Pierwsze koty za płoty, już wiem, jak się przędzie te vliesy, następnym razem będzie lepiej. Tego wielbłąda mam jeszcze pół kilo (i to nie koniec moich garbatych wyczynów, bo jeszcze 70 deko baby w taśmie czeka).
Zgodnie z obietnicą dokonałam też przedwczoraj uszycia nocnych koszulek. Te też idealnie gładkie i równe nie są (ze względu na nadzwyczajną elastyczność materii i brak overlocka), ale co tam, nie będę z nich przecież strzelać.
Jedna już nawet weszła do codziennego użytku.
Rzecz trzecia: uległam - nie ja jedna - urokowi nowego produktu KnitPro o nazwie Carbonz. Uwiedziona niklowanymi okutkami na czarnym węglowym włóknie kupiłam sobie (o rozrzutna!) drutki długie i drutki pończosznicze (na żyłce nie lubię). Żeby te ostatnie wypróbować, pochwyciłam kupną skarpetkową włóczkę kolorową marki OnLine i zaczęłam działać.
Zdziałałam dotychczas niewiele, ale dostatecznie dużo, żeby wywieść kilka wniosków.
Wnioski w sprawie drutków: piękne, piękne, włókno węglowe ciepłe i lekkie, ale przejście pomiędzy metalem a włóknem wyraźnie wyczuwalne, nie tylko pod palcem, w przesuwaniu się robótki, niestety, takoż. Czyli raczej do robienia luźno.
Wnioski w sprawie włóczki: koń, jaki jest, każdy widzi. Niewidomy chyba ten zestaw kolorów projektował na zasadzie ciepłe, półciepłe, półzimne, zimne (obwód - jak Pan Bóg przykazał - klasycznie, na 56 oczek, ale nie daje sie trafić z długością odcinka). A tak ładnie w moteczku wyglądała! Zaczęłam (bo potrzebowałam czegoś do robienia w oczekiwaniu u wciąż obsuwającej sie o 40 minut protetyczki), to skończę. Ale wracam do robienia skarpet z własnych produktów kolorystycznych.
Rzecz czwarta: nakłamałam w komentarzu u VioliS, że nie dostałam prezentu na mikołajki. Dostałam, tylko w postaci awiza na prezent (mój Pan Marcin na chorobowym - jak należało się spodziewać po uczciwym listonoszu w okresie przedświatecznym, uszkodził sobie bark). Dziś odebrałam z poczty.
Od Vlad'ki. I w tej sprawie na razie tyle, bo to są prawdziwe cuda nad cudami, unikaty - absolutnie niedostępne nigdzie indziej i w żaden inny sposób, które trzeba sfotografować po ludzku i w ogóle zasługują na zupełnie osobnego posta. Którego niniejszym obiecuję.
poniedziałek, 8 października 2012
Gwoździe programu
I nie są to bynajmniej gwoździe do trumny. Och, jak to pięknie przyspiesza i ułatwia robotę - gwoździsta deseczka (w języku zamorskim - Blending Hackle). Powstała! Musiałam mieć wyjątkowo marną minę (a w planie były zrazy zawijane), że powstała tak szybko, bez oczekiwania na moc urzędową.
A tylko chwilę wcześniej dopiero zaczynałam.
Po prostu bajka! Szybko i bezboleśnie (bez odcisków).
W sprawie zobowiązań z poprzedniego posta: sernik świerczyniecki powstał. Wygląda jak wulkan, niestety! Bo popełniłam tylko jeden błąd, ale kosztował wszystkie sernikowe wady: sernik i pękł, i opadł! Zamiast po 40 minutach zmniejszyć temperaturę do 180 st., zostawiłam 200. I mam! To znaczy nie mam, bo sernik już poszedł.
Nic w nim nadzwyczajnego (oprócz składników od Asi), a z przepisem (nie moim, tylko pewnej starszej i mądrzejszej ode mnie Eli) problem polega na tym, że ja na nas troje (a ściślej półtora, bo ja słabo toleruję białko, tak, białko nie cukier, mleka krowiego, kazeinę znaczy, i za bardzo krowich wytworów jadać nie mogę, a pies może, tylko tyje, więc jeden to Puchatek, a my z Piernikiem po ćwierci) robię tortownicę o średnicy 16 cm, czyli malutką. Ilość można podwoić na pełnowymiarową tortownicę o średnicy 24-26 cm.
Pierwej więc robię sobie klasyczne kruche ciasto: 30 deko mąki pszennej i 10 deko cukru pudru dokładnie siekam nożem szefa kuchni z 20 dekagramami masła (w tym wypadku tłuszczyku Ekstra Bieruńskiego), potem dodaję 3 żółtka i szybko zagniatam (czyli w proporcji mąki do masła do cukru 3:2:1 plus 1 żółtko na każde 10 deko mąki). Dzielę na 3 porcje, jedną wkładam w folii do lodówki, dwie pozostałe, też w folii, do zamrażalnika na zaś. Bo na moją mini-tortownicę tyle wystarcza. Białka smażę na teflonie i po ostudzeniu pies ma kolację, że hej!
Dzielę 3 jajka, białka wrzucam do jednej michy, żółtka do drugiej. Ubijam mikserem białka ze szczyptą soli na prawie sztywną pianę. Do żółtek dorzucam 2 deko, a jeśli twarożek chudy to 5 deko masełka (w tym wypadku Ekstra Bieruńskiego) i... wkładam do piekarnika posmarowaną masłem i posypaną tartą ususzoną kajzerką (wszystko muszę zrobić sama, psia mać!) tortownicę wyłożoną schłodzonym i rozwałkowanym kruchym ciastem, nakłutym tu i ówdzie wykałaczką. Ustawiam piekarnik na 200 st. i 15 min. Mikserem ucieram żółtka z masełkiem (Ekstra Bieruńskim), dodaję 7 deko cukru, ucieram dalej, dodaję pół kilo twarogu (w tym wypadku sera twarogowego z SM w Bieruniu), ucieram, potem pół budyniu śmietankowego bez cukru, w proszku, i parę kropel esencji arakowej, ucieram. Dodaję 5 deko rodzynek moczonych w rudej wódzie na myszach (whisky znaczy, co jej samej nie znoszę) albo winiaku (ja mam preferencje na Budafok ze względu na węgierskie skłonności), mieszam. Dobijam ręcznie trzepaczką pianę, żeby była sztywna jak trzeba i ostrożnie mieszam ze serem. Wtedy piekarnik mówi mi, że już czas, minęło 15 minut. Wyjmuję podpieczony na jasno spód z kruchego, wykładam na niego pół standardowego słoika dżemu (najlepszy jest pomarańczowy, tylko trzeba w grudniu narobić dżemu na cały rok z góry, wtedy zamiast arakowej esencji do sera idzie pomarańczowa i skórek można dodać), a na to wykładam masę sernikową. Wkładam do piekarnika (parząc się dotkliwie o górną grzałkę tym razem) i... teraz o tym, co być powinno, a się nie stało: ustawiam na 200 st. i 40 min, a potem zmniejszam temperaturę do 180 st. i dopiekam (czasem pod folią aluminiową, jeśli dam na oko za dużo cukru i zaczyna mi się od cukru zanadto rumienić) jeszcze 25-30 minut. I nie ma tu znaczenia wielkość tortownicy. Kiedy się upiecze, zostawiam do przestygnięcia na pół godziny do godziny w uchylonym piekarniku (mniej opada). Sernik pęka zazwyczaj od za wysokiej temperatury za długo albo z braku tłuszczu. Tym razem poszło jak poszło - wulkan. Ale mam serka na jeszcze jeden, a masełka nawet na więcej. Może śliczniejszy się uda.
No i przechodząc do meritum - świat mnie rozpieszcza. I bardzo dobrze, kochany świecie, bo wcale mi nie jest wesoło. W piątek niespodziewanie zadzwonił do mnie Pan Marcin, nasz listonosz, i zażądał, bym zeszła po przesyłkę. Dostałam i szczęka mi opadła. Od Wioli. Ale jak otworzyłam, to szybko zebrałam żuchwę z podłogi, zrobiłam zdjęcie i wrzuciłam kukurydzę do garnka, żeby zdążyć po cichu zjeść całą solo.
To, proszę Państwa, nie jest jakaś tam zwykła wełna, ta szara i ciemnobrązowo-czarna to wrzosówkowa od Rogatej Owcy, to znaczy od jej owiec. A te tajemnicze paseczki dwukolorowe to są - tatam! - suszone prawdziwki! Tak!
Wrzosówka mnie kompletnie zafascynowała, tak była podobna na pierwszy rzut oka do North Ronaldsay. W końcu i jedne, i drugie owce - niby - prymitywne są. Wrzuciłam wprost z woreczka (pięknie uprane runo) na szpuleczkę.
Ale z wrzosówką nie tak łatwo, jak z tamtymi. Mam jednak na nią pewien szalony pomysł i niebawem (no, nie wiem, czy niebawem) zrealizuję.
A przy okazji tak wielu wspaniałych prezentów nasunęła mi się pewna refleksja. Jak to jest, że nasi tak zwani bliscy niezwykle często są bardzo dalecy, a ci w sumie dalecy są często bardzo bliscy. I pomyślałam sobie, że tym razem na Wigilię będę miała przy stole (no, może bardziej na stole) Wiolę i jej prawdziwki, a zaraz po wigilijnej kolacji uraczę się do makowca nalewką od Asi (jedną flaszeczkę schowałam głęboko, żeby nie skusiła), więc i Asię jakoś będę miała. I jacy by wtedy nie byli ci bliscy bliscy, jedno jest pewne - mam o kim dalekim bliskim pomyśleć. Mam skarb!
A tylko chwilę wcześniej dopiero zaczynałam.
Po prostu bajka! Szybko i bezboleśnie (bez odcisków).
W sprawie zobowiązań z poprzedniego posta: sernik świerczyniecki powstał. Wygląda jak wulkan, niestety! Bo popełniłam tylko jeden błąd, ale kosztował wszystkie sernikowe wady: sernik i pękł, i opadł! Zamiast po 40 minutach zmniejszyć temperaturę do 180 st., zostawiłam 200. I mam! To znaczy nie mam, bo sernik już poszedł.
Nic w nim nadzwyczajnego (oprócz składników od Asi), a z przepisem (nie moim, tylko pewnej starszej i mądrzejszej ode mnie Eli) problem polega na tym, że ja na nas troje (a ściślej półtora, bo ja słabo toleruję białko, tak, białko nie cukier, mleka krowiego, kazeinę znaczy, i za bardzo krowich wytworów jadać nie mogę, a pies może, tylko tyje, więc jeden to Puchatek, a my z Piernikiem po ćwierci) robię tortownicę o średnicy 16 cm, czyli malutką. Ilość można podwoić na pełnowymiarową tortownicę o średnicy 24-26 cm.
Pierwej więc robię sobie klasyczne kruche ciasto: 30 deko mąki pszennej i 10 deko cukru pudru dokładnie siekam nożem szefa kuchni z 20 dekagramami masła (w tym wypadku tłuszczyku Ekstra Bieruńskiego), potem dodaję 3 żółtka i szybko zagniatam (czyli w proporcji mąki do masła do cukru 3:2:1 plus 1 żółtko na każde 10 deko mąki). Dzielę na 3 porcje, jedną wkładam w folii do lodówki, dwie pozostałe, też w folii, do zamrażalnika na zaś. Bo na moją mini-tortownicę tyle wystarcza. Białka smażę na teflonie i po ostudzeniu pies ma kolację, że hej!
Dzielę 3 jajka, białka wrzucam do jednej michy, żółtka do drugiej. Ubijam mikserem białka ze szczyptą soli na prawie sztywną pianę. Do żółtek dorzucam 2 deko, a jeśli twarożek chudy to 5 deko masełka (w tym wypadku Ekstra Bieruńskiego) i... wkładam do piekarnika posmarowaną masłem i posypaną tartą ususzoną kajzerką (wszystko muszę zrobić sama, psia mać!) tortownicę wyłożoną schłodzonym i rozwałkowanym kruchym ciastem, nakłutym tu i ówdzie wykałaczką. Ustawiam piekarnik na 200 st. i 15 min. Mikserem ucieram żółtka z masełkiem (Ekstra Bieruńskim), dodaję 7 deko cukru, ucieram dalej, dodaję pół kilo twarogu (w tym wypadku sera twarogowego z SM w Bieruniu), ucieram, potem pół budyniu śmietankowego bez cukru, w proszku, i parę kropel esencji arakowej, ucieram. Dodaję 5 deko rodzynek moczonych w rudej wódzie na myszach (whisky znaczy, co jej samej nie znoszę) albo winiaku (ja mam preferencje na Budafok ze względu na węgierskie skłonności), mieszam. Dobijam ręcznie trzepaczką pianę, żeby była sztywna jak trzeba i ostrożnie mieszam ze serem. Wtedy piekarnik mówi mi, że już czas, minęło 15 minut. Wyjmuję podpieczony na jasno spód z kruchego, wykładam na niego pół standardowego słoika dżemu (najlepszy jest pomarańczowy, tylko trzeba w grudniu narobić dżemu na cały rok z góry, wtedy zamiast arakowej esencji do sera idzie pomarańczowa i skórek można dodać), a na to wykładam masę sernikową. Wkładam do piekarnika (parząc się dotkliwie o górną grzałkę tym razem) i... teraz o tym, co być powinno, a się nie stało: ustawiam na 200 st. i 40 min, a potem zmniejszam temperaturę do 180 st. i dopiekam (czasem pod folią aluminiową, jeśli dam na oko za dużo cukru i zaczyna mi się od cukru zanadto rumienić) jeszcze 25-30 minut. I nie ma tu znaczenia wielkość tortownicy. Kiedy się upiecze, zostawiam do przestygnięcia na pół godziny do godziny w uchylonym piekarniku (mniej opada). Sernik pęka zazwyczaj od za wysokiej temperatury za długo albo z braku tłuszczu. Tym razem poszło jak poszło - wulkan. Ale mam serka na jeszcze jeden, a masełka nawet na więcej. Może śliczniejszy się uda.
No i przechodząc do meritum - świat mnie rozpieszcza. I bardzo dobrze, kochany świecie, bo wcale mi nie jest wesoło. W piątek niespodziewanie zadzwonił do mnie Pan Marcin, nasz listonosz, i zażądał, bym zeszła po przesyłkę. Dostałam i szczęka mi opadła. Od Wioli. Ale jak otworzyłam, to szybko zebrałam żuchwę z podłogi, zrobiłam zdjęcie i wrzuciłam kukurydzę do garnka, żeby zdążyć po cichu zjeść całą solo.
To, proszę Państwa, nie jest jakaś tam zwykła wełna, ta szara i ciemnobrązowo-czarna to wrzosówkowa od Rogatej Owcy, to znaczy od jej owiec. A te tajemnicze paseczki dwukolorowe to są - tatam! - suszone prawdziwki! Tak!
Wrzosówka mnie kompletnie zafascynowała, tak była podobna na pierwszy rzut oka do North Ronaldsay. W końcu i jedne, i drugie owce - niby - prymitywne są. Wrzuciłam wprost z woreczka (pięknie uprane runo) na szpuleczkę.
Ale z wrzosówką nie tak łatwo, jak z tamtymi. Mam jednak na nią pewien szalony pomysł i niebawem (no, nie wiem, czy niebawem) zrealizuję.
A przy okazji tak wielu wspaniałych prezentów nasunęła mi się pewna refleksja. Jak to jest, że nasi tak zwani bliscy niezwykle często są bardzo dalecy, a ci w sumie dalecy są często bardzo bliscy. I pomyślałam sobie, że tym razem na Wigilię będę miała przy stole (no, może bardziej na stole) Wiolę i jej prawdziwki, a zaraz po wigilijnej kolacji uraczę się do makowca nalewką od Asi (jedną flaszeczkę schowałam głęboko, żeby nie skusiła), więc i Asię jakoś będę miała. I jacy by wtedy nie byli ci bliscy bliscy, jedno jest pewne - mam o kim dalekim bliskim pomyśleć. Mam skarb!
Subskrybuj:
Posty (Atom)