Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owce wołoskie -valašky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owce wołoskie -valašky. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 listopada 2012

Sněženka w roli głównej - cz. I

Łapki mnie swędziały, pochwyciłam więc otrzymane od Vladki dary i czym prędzej zrobiłam z nich niteczkę.


Włóczka jeszcze nie prana i chyba na razie nie będę prać do tkania. Wyszło mi w sumie 512 metrów nitki 2ply w 23 deko. Nie jest przesadnie mocno skręcona, mimo to bardzo mocna. Kręciłam razem i okrywę, i puch - u Sněženki nie jest tak łatwo je odróżnić i oddzielić. Ale wełna jest fajna. I niech was nie zwiedzie ten byle jaki kolor - to skutek marnego dziennego dziś światła. W naturze jest ślicznie śmietankowa. W zbliżeniu:


Zacznijmy więc od początku - oto dawczyni pięknego runa, Sněženka:

Zdjęcie: Vlaďka Cepáková
Dostałam też garstkę runa z barana Bivoja, dla porównania:

Zdjęcie: Vlaďka Cepáková
Runo pokazywałam w poprzednim poście o wołoskich owieczkach, barana więc sobie daruję, chociaż rogi ma przecudne, minę też wspaniałą i w dodatku inteligentną. Kto to barany i owce podejrzewa o jakieś braki w inteligencji? Chyba baran jakiś!
Vladka podała mi źródła informacji o tej rasie, bo w Internecie panuje prawdziwy pieprznik w tej sprawie, a owce są wprawdzie na liście owczych ras, ale nie są w Wikipedii opisane. Można znaleźć o nich informacje po czesku (ale zrozumiale) tutaj (z pięknymi zdjęciami) i tutaj. W skrócie: owce przywędrowały na Morawy z terenu Rumunii wraz z wołoską ludnością i zostały tam do dziś, chociaż ze względów gospodarczych w naszych czasach okazały się nie dość "ekonomiczne", by je hodować ("prymitywne" przecież, co po rogach widać, nie dość duże na mięso i nie dość miękkie na ubrania). Zostało ich więc w latach dziewięćdziesiątych niewiele czystej rasy, pojedyncze w małych gospodarstwach i w muzeum w Rožnovie pod Radhoštěm.  Barany są zawsze rogate i mają spiralnie skręcone rogi, dziewczyny nie muszą mieć rogów, kiedyś miało je niewiele, ale teraz w większości i owce mają rogi. Waga baranów (dane z lat 1942-50) wahała się od 45 do 60 kg, a owiec 30-45 kg, teraz owce ważą około 45 kg, więc wielkie nadal nie są. Wełnę mogą mieć różną - białą, szarą, czarną, mogą też być łaciate. Wełna jest długa, mieszana (dość sztywna okrywa, która spływa na obydwa boki, z krótkim, miękkim puchem), baran daje jej od 2 do 3,5 kg rocznie, owca - od 1,5 do 2,2 kg, czyli nie za wiele. Jeśli strzyże się je raz w roku, wełna osiąga długość 30-35 cm (czyż to nie cudowne?) i ma być klasy E, E/F (czyli od ok. 44 mikronów wzwyż). I ja się z tym zgodzę, jeśli chodzi o barana, ale Sněženka ma na pewno miększą wełnę. Jak trudno jest odtworzyć populację ginącego gatunku, niech świadczy fakt, że w 2002 roku było genetycznie nadających się do reprodukcji owiec 118 w 9 gospodarstwach, a w 2011 - 451 w 27 gospodarstwach. Łatwo zniszczyć, niełatwo odtworzyć, chociaż wydaje się, że co to takiego trudnego, jeśli rodzą co roku.
A tak na marginesie trafiłam w Wikipedii na znakomitą informację, która mnie - językoznawcę z wykształcenia - trochę jednak poruszyła. Otóż słowa, które wydawały mi się takie "nasze", góralskie, jak: baca, bryndza, juhas, kierdel, koliba, szałas, żentyca, pochodzą z mowy Wołochów właśnie (języki wschodnioromańskie, bynajmniej nie słowiańskie), związane są z hodowlą owiec nie bez przyczyny, bo Wołochowie byli ludem pasterskim.
A wracając do naszych baranów, teraz będzie zalew zdjęć i - mam nadzieję - mniej słów.
"Moje" runko było ślicznie śmietankowe i falowane, nie "lokate":


Było nieco krótsze niż przewiduje wzorzec rasy, ale Vladka uprzedzała, że to jesienna strzyża i one są krótsze:


Runko najpierw grzecznie wyczesałam na szczotkach, żeby je uczciwie poluzować.


Zaczęłam od kolorowych, farbowanych grzybami. Ale ponieważ miałam misterny plan, w którym trzeba mi było też ciut zimnych kolorów, ufarbowałam kilka loków na zielono i niebiesko. Ta wełna przepięknie chwyta kolor, nawet jeśli w pierwszej chwili wydaje się, że go odrzuca. Farbowanie kompletnie jej nie niszczy - na zdjęciu w słoiku z roztworem octu utrwala się kolor.


Kolorowa wyczesana wełenka w "rogalach":


I wyczesana w całości (z przodu, przed kołowrotkiem próbka z barana):


Potem to przeczesane dobro musiałam/chciałam wyciągnąć na grzebieniu z gwoździ w czesankę i zwinąć w "kocie" do przędzenia.


Trochę to trwało, ale miałam za to kupę wełnianych "obłoków" (z etykietkami, jaki kolor był dodany, bo między różowym a łososiowym różnica nie była wielka, a z kolei np. żółtego były dwa odcienie).


Potem trzeba je było tylko sprząść. Już w singlu wyglądały nieźle.


W międzyczasie po pierwszej szpuli znów trafił mi się bukiet (urodziny mam tak samo jak ten kraj po latach niewoli, a co zrobić z takiego bukietu, pokażę niebawem).


Co, oczywiście, nie przeszkodziło mi w szybkim tempie i jeszcze tego samego dnia dorobić szpuli numer dwa (w końcu we własne urodziny człowiek powinien zajmować się tym, co lubi, a nie staniem przy garach i obsługą gości).


Dziś rano skończyłam ją skręcać w dwie nitki.


I przewinęłam na motki, które w świetle lampy wyglądają tak:


I jeszcze z lodowymi kwarcami, które mają być ich integralnym elementem w gotowym wyrobie - dlatego właśnie dostały te smugi koloru (oraz dlatego, że szkoda mi było nie skorzystać z tych pięknych "grzybowych" kolorów Vladki).


A ponieważ w teraz w trybie pilnym muszę popracować, a do tego zrobić Puchatkowi szalik, przerywam przygodę z owcą wołoską i część drugą - czyli gotowca - przedstawię może za jakieś dwa tygodnie. To piękna owca i piękna, bardzo ciekawa wełna.