wtorek, 9 października 2012

Po trochu

Po dziesięć, piętnaście minut dziennie, czasem godzinę, mam na hobby. I tak więc dumna jestem, że powstały chociaż skarpetki. Nie ma w nich nic interesującego, ani wymyślnej pięty, ani wzoru - żadnego. Ciekawostką, też raczej techniczną, jest tylko kolorek.


W całych skarpetkach:


I na moich zadnich łapach:

A ciekawostka polega na tym, że kiedy farbowałam "wielkanocną" Eiderwolle, rzuciłam na osobną folię kolejny motek wzmiankowanej już "kupnej" wełny. I polewałam go jak popadnie tym, co mi zostawało z kolejnych kolorków na "wielkanocnej" ładnie układanych kolejno. Z takim oto wynikiem przed zwinięciem:


I jak zwykle odciskam nadmiar roztworu przed zwinięciem, tak tym razem tego nie zrobiłam, celowo.
Kiedy sechł, motek wyglądał tak:


Widać jeszcze, że "wielkanocna" sobie nad nim dosycha, ale nie widać, że to z tych samych słoiczków.
Po wyschnięciu był jeszcze mniej efektowny:


Jak dla mnie kolorki dostały realnej urody dopiero w dzianinie. I jak tu nie robić skarpetek?

A z beczki zupełnie innej, choć to kolejny odcinek o rzeczach miłych nie tylko dla oka, ale i sercu - dostałam wczoraj prezent od siebie. Książkę sobie kupiłam czas jakiś temu, a wczoraj przyszła wraz Panem Marcinem, naszym listonoszem.


Pooglądać jest co, ale poczytać i skorzystać na razie nie mogę, bo brakuje mi czasu na zgłębianie hermetycznej mowy tkackiej w obcym mi języku angielskim.


I właściwie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie okoliczności, w jakich rzeczona książka do mnie dotarła. Bo dostałam ją o godzinie 22:40. Dokładnie o 22:02 zadzwonił mój telefon. Trochę się wystraszyłam, bo to pora raczej na złe wieści. Kiedy wyświetlił mi się Pan Marcin, wcisnęłam zielone, ale mowę mi odebrało. Przepraszał, tłumaczył, okazało się, że on jeszcze w robocie i ma dla mnie taką przesyłkę, która do skrzynki nie wejdzie, i czy ja już śpię, bo on dopiero za jakieś pół godziny dotrze. - Nie śpię - rzekłam, bo mowa wróciła - i zejdę na dół, szybciej będzie, niech pan tylko zadzwoni. Zadzwonił i tym sposobem mogłam sobie dzisiaj książkę pooglądać przez chwilę zamiast dmuchać na pocztę i nazad z awizem w garści (a u mnie to godzina z hakiem jak obszył) z wiatrem i pod wiatr. Chyba dopiszę Pana Marcina do listy bliskich...

poniedziałek, 8 października 2012

Gwoździe programu

I nie są to bynajmniej gwoździe do trumny. Och, jak to pięknie przyspiesza i ułatwia robotę - gwoździsta deseczka (w języku zamorskim - Blending Hackle). Powstała! Musiałam mieć wyjątkowo marną minę (a w planie były zrazy zawijane), że powstała tak szybko, bez oczekiwania na moc urzędową.


A tylko chwilę wcześniej dopiero zaczynałam.


Po prostu bajka! Szybko i bezboleśnie (bez odcisków).
W sprawie zobowiązań z poprzedniego posta: sernik świerczyniecki powstał. Wygląda jak wulkan, niestety! Bo popełniłam tylko jeden błąd, ale kosztował wszystkie sernikowe wady: sernik i pękł, i opadł! Zamiast po 40 minutach zmniejszyć temperaturę do 180 st., zostawiłam 200. I mam! To znaczy nie mam, bo sernik już poszedł.


Nic w nim nadzwyczajnego (oprócz składników od Asi), a z przepisem (nie moim, tylko pewnej starszej i mądrzejszej ode mnie Eli) problem polega na tym, że ja na nas troje (a ściślej półtora, bo ja słabo toleruję białko, tak, białko nie cukier, mleka krowiego, kazeinę znaczy, i za bardzo krowich wytworów jadać nie mogę, a pies może, tylko tyje, więc jeden to Puchatek, a my z Piernikiem po ćwierci) robię tortownicę o średnicy 16 cm, czyli malutką. Ilość można podwoić na pełnowymiarową tortownicę o średnicy 24-26 cm.
Pierwej więc robię sobie klasyczne kruche ciasto: 30 deko mąki pszennej i 10 deko cukru pudru dokładnie siekam nożem szefa kuchni z 20 dekagramami masła (w tym wypadku tłuszczyku Ekstra Bieruńskiego), potem dodaję 3 żółtka i szybko zagniatam (czyli w proporcji mąki do masła do cukru 3:2:1 plus 1 żółtko na każde 10 deko mąki). Dzielę na 3 porcje, jedną wkładam w folii do lodówki, dwie pozostałe, też w folii, do zamrażalnika na zaś. Bo na moją mini-tortownicę tyle wystarcza. Białka smażę na teflonie i po ostudzeniu pies ma kolację, że hej!
Dzielę 3 jajka, białka wrzucam do jednej michy, żółtka do drugiej. Ubijam mikserem białka ze szczyptą soli na prawie sztywną pianę. Do żółtek dorzucam 2 deko, a jeśli twarożek chudy to 5 deko masełka (w tym wypadku Ekstra Bieruńskiego) i... wkładam do piekarnika posmarowaną masłem i posypaną tartą ususzoną kajzerką (wszystko muszę zrobić sama, psia mać!) tortownicę wyłożoną schłodzonym i rozwałkowanym kruchym ciastem, nakłutym tu i ówdzie wykałaczką. Ustawiam piekarnik na 200 st. i 15 min. Mikserem ucieram żółtka z masełkiem (Ekstra Bieruńskim), dodaję 7 deko cukru, ucieram dalej, dodaję pół kilo twarogu (w tym wypadku sera twarogowego z SM w Bieruniu), ucieram, potem pół budyniu śmietankowego bez cukru, w proszku, i parę kropel esencji arakowej, ucieram. Dodaję 5 deko rodzynek moczonych w rudej wódzie na myszach (whisky znaczy, co jej samej nie znoszę) albo winiaku (ja mam preferencje na Budafok ze względu na węgierskie skłonności), mieszam. Dobijam ręcznie trzepaczką pianę, żeby była sztywna jak trzeba i ostrożnie mieszam ze serem. Wtedy piekarnik mówi mi, że już czas, minęło 15 minut. Wyjmuję podpieczony na jasno spód z kruchego, wykładam na niego pół standardowego słoika dżemu (najlepszy jest pomarańczowy, tylko trzeba w grudniu narobić dżemu na cały rok z góry, wtedy zamiast arakowej esencji do sera idzie pomarańczowa i skórek można dodać), a na to wykładam masę sernikową. Wkładam do piekarnika (parząc się dotkliwie o górną grzałkę tym razem) i... teraz o tym, co być powinno, a się nie stało: ustawiam na 200 st. i 40 min, a potem zmniejszam temperaturę do 180 st. i dopiekam (czasem pod folią aluminiową, jeśli dam na oko za dużo cukru i zaczyna mi się od cukru zanadto rumienić) jeszcze 25-30 minut. I nie ma tu znaczenia wielkość tortownicy. Kiedy się upiecze, zostawiam do przestygnięcia na pół godziny do godziny w uchylonym piekarniku (mniej opada). Sernik pęka zazwyczaj od za wysokiej temperatury za długo albo z braku tłuszczu. Tym razem poszło jak poszło - wulkan. Ale mam serka na jeszcze jeden, a masełka nawet na więcej. Może śliczniejszy się uda.
No i przechodząc do meritum - świat mnie rozpieszcza. I bardzo dobrze, kochany świecie, bo wcale mi nie jest wesoło. W piątek niespodziewanie zadzwonił do mnie Pan Marcin, nasz listonosz, i zażądał, bym zeszła po przesyłkę. Dostałam i szczęka mi opadła. Od Wioli. Ale jak otworzyłam, to szybko zebrałam żuchwę z podłogi, zrobiłam zdjęcie i wrzuciłam kukurydzę do garnka, żeby zdążyć po cichu zjeść całą solo.


To, proszę Państwa, nie jest jakaś tam zwykła wełna, ta szara i ciemnobrązowo-czarna to wrzosówkowa od Rogatej Owcy, to znaczy od jej owiec. A te tajemnicze paseczki dwukolorowe to są - tatam! - suszone prawdziwki! Tak!
Wrzosówka mnie kompletnie zafascynowała, tak była podobna na pierwszy rzut oka do North Ronaldsay. W końcu i jedne, i drugie owce - niby - prymitywne są. Wrzuciłam wprost z woreczka (pięknie uprane runo) na szpuleczkę.


Ale z wrzosówką nie tak łatwo, jak z tamtymi. Mam jednak na nią pewien szalony pomysł i niebawem (no, nie wiem, czy niebawem) zrealizuję.
A przy okazji tak wielu wspaniałych prezentów nasunęła mi się pewna refleksja. Jak to jest, że nasi tak zwani bliscy niezwykle często są bardzo dalecy, a ci w sumie dalecy są często bardzo bliscy. I pomyślałam sobie, że tym razem na Wigilię będę miała przy stole (no, może bardziej na stole) Wiolę i jej prawdziwki, a zaraz po wigilijnej kolacji uraczę się do makowca nalewką od Asi (jedną flaszeczkę schowałam głęboko, żeby nie skusiła), więc i Asię jakoś będę miała. I jacy by wtedy nie byli ci bliscy bliscy, jedno jest pewne - mam o kim dalekim bliskim pomyśleć. Mam skarb!

piątek, 5 października 2012

Pod pretekstem

To blog robótkowy, nie wypada więc opowiadać wiele o prywacie, trzeba znaleźć jakiś pretekst. Pretekstem okazała się wełna z owcy fryzyjskiej, którą ostatnio ufarbowałam do zmiksowania na gwoździstej desce, a której sporaśną ilość dostałam od Asi (Appolinar) - i tu powoli wchodzimy we właściwy temat tego posta.


Wełna z fryzyjskich owiec bardzo ładnie przyjmuje barwnik, gotowałam ją za długo (w folii), ale zupełnie jej to nie zaszkodziło, była pięknie zgręplowana i puszysta, i taka po farbowaniu pozostała. Traktowaną po ludzku można spokojnie farbować nawet nie w taśmie (wiadomo, jak to przy farbowaniu runa albo źle zgręplowanej wełny bywa).
Gwoździsta deska dopiero powstanie (jeśli zdążę dziś do stolarza po deskę, a Puchatek wreszcie wbije jakiś gwóźdź). I zobaczymy, co to z tego miksowania na desce będzie, bo na szczotkach to u mnie tylko tweedy (zazwyczaj niechciane) powstają.
Ale ciekawość jest oczywiście silniejsza ode mnie. Porwałam więc znów motek "kupnej" wełny i trochę tego czerwonego barwnika, który mi został, dolałam do szarego, a trochę do zielonego. Wylałam to na motek, wgniotłam (roztworu nie było za wiele, a co wychodzi z "wielkanocy", gdy roztworu jest za wiele, pokażę innym razem) i szczęka mi opadła - na mokro przed farbowaniem miałam fiolety. Po farbowaniu i wyschnięciu motek okazał się nierówno fiołkowo-szary (czego na zdjęciu wcale nie widać) - będą skarpetki, ale powtórzę też w czesance, bo kolor w realu naprawdę ładny.


I przechodząc do meritum - znów dostałam od Asi paczkę, a w niej wełnę, do sprzędzenia i sprzędzioną, niemało, włóczkę - ale to tylko przygrywka. W tej paczce (a ściślej pace) były też frykasy: pyszny twaróg (wiadro), z którego zaraz powstanie sernik, masełko (z którego zaraz powstanie kruche pod sernik, a jak sernik powstanie, sfotografuję i pokażę sernik świerczyniecki) i.... naleweczki, naleweczki, naleweczki.


Pierwszy zainteresowany oczekiwał ode mnie, że dostanie choć trochę tego, co tak dobrze pachnie. I niech nikogo nie zwiodą plastikowe buteleczki po soczkach (do bezpiecznego transportu). Te soczki w nich są wyborne. Tak wyborne, że wczoraj po degustacji nie byłam w stanie sklecić posta.


Od lewej: z czarnej porzeczki, pigwowa, z aronii z liściem wiśni i wiśniowa. Wszystkie rewelacyjne, więc nie wiem, czy moja faworyta to pigwowa, czy z aronii. A jakie kolory piękne!
Pies uspokoić się nie chciał, dopóki trochę nie dostał (on nie jest pijak, tylko smakosz - lubi nalewki i jajco-koniak), a potem padł, patrząc na mnie z wyrzutem, że tylko tyle.


A ja na lekkim rauszu ruszyłam przed dom fotografować przyrodę (na trzeźwo nie przyszłoby mi to do głowy), która mnie zaskoczyła. Bo:
pigwa (a może to pigwowiec) kwitnie,


wierzba płacząca ma bazie,


różanecznikom zaraz pękną pąki.


A jednak altanka śmietnikowa w zupełnie innym nastroju:


No i mam dysonans poznawczy: Jesień to czy wiosna? Po nalewkach zdecydowanie głosowałam za wiosną!
Dziękuję Asiu!

środa, 3 października 2012

Bywa i tak...

Czasem musi się zdarzyć jakaś piękna katastrofa. Nie wiem tylko, czemu katastrofy wciąż dotykają ten piękny projekt, którego pomysł powstał jakieś dwa lata temu, kiedy moja przyjaciółka - niezbyt zainteresowana tym, co mnie interesuje - po obejrzeniu moich skarbów włóczkowych z grzeczności powiedziała:
- To może zrobisz mi szal.
- Jaki ma być? - zapytałam.
Tu nastąpiła lekka konsternacja.
- W jakim kolorze? - starałam się pomóc.
- We wszystkich. No, zrób mi z resztek.
I jak zwykle resztek nie brakuje, tak tej zimy było bezresztkowo. A ponieważ pochwyciło mnie szaleństwo przędzalnicze, postanowiłam kupić tzw. wełnę do filcowania, we wszystkich jesiennych kolorach, jakie były do zdobycia w danej chwili (jeszcze nie farbowałam czesanek). Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Tylko umiejętności mi było brak. Kiedy już jako tako zaczęłam prząść na dziadku, rozpoczęłam produkcję singla na ów szal. Skończyłam na Fantazji, bo w międzyczasie dotykały mnie katastrofy jedna po drugiej. Kłębki leżały długo. Wiosną je wyciągnęłam i nawet miałam wydziergać, ale pojawiła się rodzinna katastrofa. A kiedy już zaczęłam, złamałam mój ukochany bambusowy drut. Schowałam kłębki głęboko do pudła. I... wczoraj wyjęłam. Bo przecież mam panią H., sprawną. Może utkam ten szal. Ta sama osnowa i wątek, będzie dużo ładniej niż w dzianinie.
Przygotowałam osnowę.


I tak, jakbym zapomniała, że sama mówiłam: singiel się nie nadaje. Ten był w dodatku gruby.
Po zdjęciu ze snowadła wyglądał na kupkę niebrzydką i zgrabną. No, niby lekko przekręcony - ale to i lepiej.


Osnułam panią H. A nie szło mi, oj, nie szło, bo wkładając pętle w szczeliny, jedną szczelinę ominęłam. Później miałam więc dwa razy więcej wyjmowania i wkładania nitek, i w szczeliny, i w dziurki w siatce. Trudno. Napięliśmy to w końcu na wale. Przywiązałam. Cudnie.


No i najpierw okazało się, że nitki nie jeżdżą w siatce 8 dent (rzadkiej), bo nawet nie za grube, tylko zbyt puszyste. Otóż siatka tam, gdzie tego nie widać, czyli w szczelinach, jest na tyle "siorpata" (plastik), że grubsza, puszysta nitka się nie przesuwa w szczelinie w górę i w dół. Stały niteczki w większości w położeniu środkowym bez względu na położenie siatki. Super, pomyślałam, ale się nie poddałam. Pomagałam niteczkom palcem przesuwać się przy każdym rzędzie we właściwe położenie. Na szczęście nie trwało to długo (a gotowa byłam tak utkać cały szal), bo tylko do tego momentu:


Osnowa za siatką wyglądała bowiem już tak:


I to był koniec szala na tej osnowie. Ale nie, nie, to nie koniec szala w ogólności. Nie wiem, co to za fatum mnie prześladuje z tym szalem (jak nigdy - nawet zdjęcia mi się w tym poście wczytują tak strasznie długo, że ch... mnie bierze), ale się nie dam. Odcięłam to, co z frontu, i zostały mi pięciometrowe nitki tej "osnowy". Resztę - poniższą kupę nieszczęścia - wyrzuciłam.


Ten szal powstanie! Nie wiem tylko, czy zdążę do najbliższej zimy...

poniedziałek, 1 października 2012

Ze snu

Mniej więcej w połowie września przyśniło mi się... runo. Kolorowe runo. To nie najlepiej świadczy o stanie mojego umysłu, ale poszłam krok dalej. Ufarbowałam czesankę, nie runo, tak jak mi się przyśniło. To jeszcze gorzej świadczy o stanie mojego umysłu. Ale potem zobaczyłam u Elusi piękny szal w kolorach z mojego snu. I to przekonało mnie, że z moim umysłem nie jest aż tak źle. Uprzędłam wiec czym prędzej 6 deko swojego wytworu na osnowę szala.


W motku - 225 m/60 g, navajo, Falkland


W zbliżeniu:

A że gradient wyszedł mi pięknie jak nigdy, to jeszcze kilka zdjęć z akcji, od końca.
Skręcona na szpuli:
W singlu:


Czesanka po farbowaniu wyglądała tak oto - jest tego 20 deko:

Pochodzi z... i tu, jak się zaczęłam orientować, co ja takiego od ponad roku z lubością przędę, spotkała mnie niespodzianka. Nie pochodzi z żadnej konkretnej owcy. Falkland po prostu pochodzi z Wysp Falklandzkich. I prawie wystarczy. Oni tam zajmują się od 170 lat hodowlą odpowiednich owieczek, żeby uzyskać z nich wełnę o konkretnych parametrach. Kupując wełnę opisaną jako Falkland można mieć pewność, że trzyma odpowiedni standard: zanieczyszczeń roślinnych jest w niej mniej niż 0,5%, jest bialusieńka, chociaż oni hodują ekologicznie i praktycznie nie używają chemii, a już na pewno do bielenia,


ma ładniutki połysk

 włókna mają grubość między 20 (niektórzy twierdzą, że nawet 18) a 32 mikrony, ale zasadniczo od 24,5 do 28 mikronów i są dostatecznie długaśne, by miło było je prząść.


Główne dostarczycielki run na falklandzką wełnę to ponoć Polwarth, Corriedale, Dohne Merino i inne merynosy. I - co ważne - w odróżnieniu od barbarzyńców w Australii - w żadnym wypadku na Falklandach nie wycinają im skóry na tyłkach dla ochrony przed pasożytami (odkąd wiem, co te łobuzy robią owcom, nie kupię od nich ani grama merynosowej wełny, dopóki nie przestaną!). Więcej można sobie poczytać i pooglądać tu i tu.
Przędzie się tak przyjemnie i miło, jak masełko, że czasem mnie przy niej wściekła nuda ogarnia - to jedyna wada Falklanda. Farbuje się bardzo przyjemnie i nie ma tej skłonności do podfilcowywania się na boczkach (jak np. BFL, a jest równie mięciusieńka). Ja zrobiłam sobie w zeszłym roku spory zapasik, i nie żałuję. Mam jeszcze dobrze ponad kilogram, ale już się rozglądam, żeby zapasik utrzymać.
A na koniec:
Zdjęcie: Liam Quinn
No i jak mają te owieczki nie pobieleć w tak pięknych okolicznościach przyrody?

piątek, 28 września 2012

Dla odmiany

Po przejściach z krosienkiem trzeba mi było resetu. Czegoś, co nie wymaga ode mnie niczego: żadnych nowinek, żadnych eksperymentów, wyzwań. Coś łatwego i znanego, do zrobienia arefleksyjnie.
To sobie trochę pofarbowałam.


W sztucznym świetle, ale w paśmie widać chyba lepiej, jak się ładnie kolory ułożyły, zwłaszcza żółty.


Wełna to Eiderwolle. Nie pochodzi od żadnej konkretnej rasy owieczek, a już na pewno od owieczek Eider. Eider to rzeka (Ejdera), najdłuższa w niemieckim landzie Szlezwik-Holsztyn, a Eiderwolle to mieszana wełna różnych ras, które sobie mieszkają w północnych Niemczech i niemal przez cały rok są na świeżym powietrzu i dbają o rekultywację gleby oraz podniebienia i pełne żołądki tambylców. Najczęściej to czarnogłówki, Texele i Suffolki oraz wszelakie ich krzyżówki. Wełna polecana jest dla początkujących, bo podobno się ją bardzo miło i łatwo przędzie. Ja na razie w tej sprawie nie mam nic do powiedzenia, ponieważ jedynie farbowałam. Farbuje się bardzo miło i łatwo, chętnie przyjmuje kolory, nie ma skłonności do niekontrolowanego filcowania się. Jako że to mieszanka, za każdym razem inna w dodatku, nikt nie podaje ile ma mikronów, ale ta na moją łapkę ma około 30-32, jest zatem dość miła, ale nie za miękka. Włos ma długaśny, więc w istocie powinna się przyjemnie prząść.


Naturalny kolor ma niezbyt porywający, żółtawy. Lepiej wygląda na zdjęciu niż w realu.


Ale jest przyjemnie luźna i puszysta.


No i przy tych wszystkich bardzo przyzwoitych cechach ma jeszcze jeden walor: jest bardzo niedroga.
Mam tego pół kilograma. 25 deko ufarbowałam na pokazane powyżej "wielkanocne" kolorki, drugą połowę farbowałam jakiś tydzień temu - na "niegodny" (tak sobie nazywam próby uzyskania gradientu) karmazyn z antracytem.

To niestety kolorek z gatunku tych, których mój aparat nie chce widzieć prawidłowo, ale w realu nie jest wiele ładniejszy od tego, co na zdjęciu. Może trochę "silniejszy".
A skoro już i tak to rozrabiałam i się w tym tytłałam, to ufarbowałam jeszcze przy okazji dwa motki "kupnej" (dosłownie i w przenośni) wełny ręcznie uprzędzionej na energetyczne skarpetki. Nitka łyknęła farbę gorzej niż czesanka, ale energii jej nie brakuje.


A że chciałam zrobić coś nieskomplikowanego, to od razu ją przerobiłam na swój ulubiony, firmowy - można by rzecz, wytwór.


I wprowadziłam do użytku - nie ma nic bardziej zabawnego niż próba fotografowania skarpetek na sobie. Cokolwiek człowiek zrobi, wychodzi albo studnia, albo kosmos.


Włóczki zostało na jeszcze jedną parę. Ale może na razie dam sobie spokój z rozmleczonym karmazynem i cosik uprzędę. Od ponad tygodnia mój urobek na kołowrotku to dokładnie 2 deko singla. Aż mi wstyd...

wtorek, 25 września 2012

Nowy szalik Pana Styropiana

Zaczynam od wieści z frontu: plastiki do mnie bieżą z Wolsztyna, pani Lidka wysłała je mi. Hurra!
Okazuje się, że producent, który te plastiki dostarcza do firmy, nie jest pierwszym, ani drugim, ani trzecim... Najwyraźniej tworzywa sztuczne dostosowane do konkretnego przeznaczenia to nie jest nasza krajowa specjalność. Ale tak czy owak już wkrótce moja Harfa będzie mogła zadziałać jak przykazał Bóg. Chodzi mi nawet w tej sprawie po głowie pewien piękny utylizacyjny projekt.
A na razie na przystosowanej przez Puchatka pilnikiem do półdziałania (nie mylić ze współdziałaniem) Harfie (bo moja harfa ma na imię Harfa) dokończyłam, co zaczęłam, czyli nowy szalik Pana Styropiana.
Fakturka po upraniu i przeprasowaniu (konam z zachwytu i pękam z dumy) w świetle dnia (dzisiejszego, o zachodzie słońca):


Ta sama fakturka w zbliżeniu:


W odróżnieniu od fakturki (jakoś tak niepokoi mnie to "fak" w fakturce, może strukturka byłoby lepszym słowem) na "warstacie", w świetle lampy:


To oznacza, że rzadkie zgęstniało, szerokie zrobiło się węższe, a długie stało się krótsze. Cuda, cuda!
Konkretnie ma teraz szerokość 29 cm i długość 210 cm, podczas kiedy po zdjęciu z harfy Harfy miało 223 x 34 cm - bez frędzli. Oto on, jeszcze nie zaszyty i nie ufrędzlony, ledwie zdjęty szalik, który nie zdążył się nawet wybulić tam, gdzie od źle napiętej osnowy się był wybulił chwilę później.



Zostało mi jeszcze ze 2 deko nici, czyli na nic. I tym niczym będzie chyba próbka na drutach, która ostatecznie przekona mnie, że kolorowe pstrokate dubelki znacznie lepiej wyglądają w tkaninie niż w dzianinie i że oto znalazłam dla nich idealne zastosowanie. Mnie się ten "łowicz" podoba! Nie żartuję!
Ubrałam więc w szalik Pana Styropiana i próbowałam go zdjąć fotograficznie w cieśni pomiędzy schnącym praniem, ścianą a sznurkami na bieliznę. Ale chyba tym razem on wygląda gorzej ode mnie, i to mimo mojego gila po pas.


Zdjęcie do bani. Ale szalik? Rewelacja! Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę okoliczności jego powstawania.