I nie są to bynajmniej gwoździe do trumny. Och, jak to pięknie przyspiesza i ułatwia robotę - gwoździsta deseczka (w języku zamorskim - Blending Hackle). Powstała! Musiałam mieć wyjątkowo marną minę (a w planie były zrazy zawijane), że powstała tak szybko, bez oczekiwania na moc urzędową.
A tylko chwilę wcześniej dopiero zaczynałam.
Po prostu bajka! Szybko i bezboleśnie (bez odcisków).
W sprawie zobowiązań z poprzedniego posta: sernik świerczyniecki powstał. Wygląda jak wulkan, niestety! Bo popełniłam tylko jeden błąd, ale kosztował wszystkie sernikowe wady: sernik i pękł, i opadł! Zamiast po 40 minutach zmniejszyć temperaturę do 180 st., zostawiłam 200. I mam! To znaczy nie mam, bo sernik już poszedł.
Nic w nim nadzwyczajnego (oprócz składników od Asi), a z przepisem (nie moim, tylko pewnej starszej i mądrzejszej ode mnie Eli) problem polega na tym, że ja na nas troje (a ściślej półtora, bo ja słabo toleruję białko, tak, białko nie cukier, mleka krowiego, kazeinę znaczy, i za bardzo krowich wytworów jadać nie mogę, a pies może, tylko tyje, więc jeden to Puchatek, a my z Piernikiem po ćwierci) robię tortownicę o średnicy 16 cm, czyli malutką. Ilość można podwoić na pełnowymiarową tortownicę o średnicy 24-26 cm.
Pierwej więc robię sobie klasyczne kruche ciasto: 30 deko mąki pszennej i 10 deko cukru pudru dokładnie siekam nożem szefa kuchni z 20 dekagramami masła (w tym wypadku tłuszczyku Ekstra Bieruńskiego), potem dodaję 3 żółtka i szybko zagniatam (czyli w proporcji mąki do masła do cukru 3:2:1 plus 1 żółtko na każde 10 deko mąki). Dzielę na 3 porcje, jedną wkładam w folii do lodówki, dwie pozostałe, też w folii, do zamrażalnika na zaś. Bo na moją mini-tortownicę tyle wystarcza. Białka smażę na teflonie i po ostudzeniu pies ma kolację, że hej!
Dzielę 3 jajka, białka wrzucam do jednej michy, żółtka do drugiej. Ubijam mikserem białka ze szczyptą soli na prawie sztywną pianę. Do żółtek dorzucam 2 deko, a jeśli twarożek chudy to 5 deko masełka (w tym wypadku Ekstra Bieruńskiego) i... wkładam do piekarnika posmarowaną masłem i posypaną tartą ususzoną kajzerką (wszystko muszę zrobić sama, psia mać!) tortownicę wyłożoną schłodzonym i rozwałkowanym kruchym ciastem, nakłutym tu i ówdzie wykałaczką. Ustawiam piekarnik na 200 st. i 15 min. Mikserem ucieram żółtka z masełkiem (Ekstra Bieruńskim), dodaję 7 deko cukru, ucieram dalej, dodaję pół kilo twarogu (w tym wypadku sera twarogowego z SM w Bieruniu), ucieram, potem pół budyniu śmietankowego bez cukru, w proszku, i parę kropel esencji arakowej, ucieram. Dodaję 5 deko rodzynek moczonych w rudej wódzie na myszach (whisky znaczy, co jej samej nie znoszę) albo winiaku (ja mam preferencje na Budafok ze względu na węgierskie skłonności), mieszam. Dobijam ręcznie trzepaczką pianę, żeby była sztywna jak trzeba i ostrożnie mieszam ze serem. Wtedy piekarnik mówi mi, że już czas, minęło 15 minut. Wyjmuję podpieczony na jasno spód z kruchego, wykładam na niego pół standardowego słoika dżemu (najlepszy jest pomarańczowy, tylko trzeba w grudniu narobić dżemu na cały rok z góry, wtedy zamiast arakowej esencji do sera idzie pomarańczowa i skórek można dodać), a na to wykładam masę sernikową. Wkładam do piekarnika (parząc się dotkliwie o górną grzałkę tym razem) i... teraz o tym, co być powinno, a się nie stało: ustawiam na 200 st. i 40 min, a potem zmniejszam temperaturę do 180 st. i dopiekam (czasem pod folią aluminiową, jeśli dam na oko za dużo cukru i zaczyna mi się od cukru zanadto rumienić) jeszcze 25-30 minut. I nie ma tu znaczenia wielkość tortownicy. Kiedy się upiecze, zostawiam do przestygnięcia na pół godziny do godziny w uchylonym piekarniku (mniej opada). Sernik pęka zazwyczaj od za wysokiej temperatury za długo albo z braku tłuszczu. Tym razem poszło jak poszło - wulkan. Ale mam serka na jeszcze jeden, a masełka nawet na więcej. Może śliczniejszy się uda.
No i przechodząc do meritum - świat mnie rozpieszcza. I bardzo dobrze, kochany świecie, bo wcale mi nie jest wesoło. W piątek niespodziewanie zadzwonił do mnie Pan Marcin, nasz listonosz, i zażądał, bym zeszła po przesyłkę. Dostałam i szczęka mi opadła. Od
Wioli. Ale jak otworzyłam, to szybko zebrałam żuchwę z podłogi, zrobiłam zdjęcie i wrzuciłam kukurydzę do garnka, żeby zdążyć po cichu zjeść całą solo.
To, proszę Państwa, nie jest jakaś tam zwykła wełna, ta szara i ciemnobrązowo-czarna to wrzosówkowa od Rogatej Owcy, to znaczy od jej owiec. A te tajemnicze paseczki dwukolorowe to są - tatam! - suszone prawdziwki! Tak!
Wrzosówka mnie kompletnie zafascynowała, tak była podobna na pierwszy rzut oka do North Ronaldsay. W końcu i jedne, i drugie owce - niby - prymitywne są. Wrzuciłam wprost z woreczka (pięknie uprane runo) na szpuleczkę.
Ale z wrzosówką nie tak łatwo, jak z tamtymi. Mam jednak na nią pewien szalony pomysł i niebawem (no, nie wiem, czy niebawem) zrealizuję.
A przy okazji tak wielu wspaniałych prezentów nasunęła mi się pewna refleksja. Jak to jest, że nasi tak zwani bliscy niezwykle często są bardzo dalecy, a ci w sumie dalecy są często bardzo bliscy. I pomyślałam sobie, że tym razem na Wigilię będę miała przy stole (no, może bardziej na stole) Wiolę i jej prawdziwki, a zaraz po wigilijnej kolacji uraczę się do makowca nalewką od Asi (jedną flaszeczkę schowałam głęboko, żeby nie skusiła), więc i Asię jakoś będę miała. I jacy by wtedy nie byli ci bliscy bliscy, jedno jest pewne - mam o kim dalekim bliskim pomyśleć. Mam skarb!