Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hebridean. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hebridean. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 kwietnia 2013

Menu jeszcze wielkanocne

W tym roku zamiast się w święta wyżywać w kuchni, postanowiłam wprowadzić nowe menu. Zaplanowałam ślimaki z alpaki, ale udało mi sie zrobić tylko jednego.


Ma 123 m/82 g.
Diesmal habe ich für Ostern ganz neues Menü geplant - die Alpakaschnecken. Ich habe aber nur eine Schnecke geschafft - 123m/83 g.

Przyrządziłam za to mnóstwo rolad. Poniżej jagnięce, z Hebrideana - 17 ssztuk, 420 g. Czarne jak noc.
Dafür habe ich eine Menge von Rouladen zubereitet. Darunter Hebrideanlammrouladen - 17 Stück, 420 g. Pechschwarz.


No i trochę baraniny, też z Hebrideana, w postaci rolad, rzecz jasna - 14 sztuk, 310 g.
Und ein bißchen Hebrideanschafvliesfleisch in Rouladen - 14 Stück, 310 g.


Trochę było tego jedzenia dla kołowrotka.
Es gab recht viel zu essen für mein Spinnrad.


Dzięki temu tym razem nie wyrzucałam jedzenia po świętach, nie muszę też "dojadać" świątecznych specjałów. Bardzo się cieszę!
Ich musste also diesmal kein Essen nach den Ostern rausschaffen und keine Osterspezialitäten zu Ende essen. Ich freue mich sehr!

A tak wyglądała u mnie niedziela wielkanocna.
Und so sah der Ostersonntag bei mir aus:


Pięknie, nieprawdaż? Jakie święta, takie menu!
Schön, oder? Wie das Fest, so's Menü!

środa, 27 lutego 2013

A jednak się kręci!

Nie za wiele się kręci, ale jednak.
Na sweter Puchatka powstały dwa nowe moteczki.


Szara alpaka 120 m/70 g.


I brązowa alpaka 150 m/70 g.
Jak widać, z braku nieustających ćwiczeń, nijak nie jestem w stanie trafić w 200 m/100 g. Może też się nie zanadto staram.
Kurz: Es entstanden zwei weitere Stränge von Alpakawolle für den Pulli meines Mannes: die braune 150 m/ 70 g und die graue 120 m/70 g.

Oprócz tego skończyłam gręplowanie jednej z partii moich Hebrideanów - tej, którą pokazywałam tu. Owieczki pokazywałam tu.
No i mam zagwozdkę, mimo że mam już piękną i mądrą książkę o runach (i bardzo mi się ta książka podoba), a w niej również o Hebrideanach.


Bo w książce jest o tym, że jak to u owiec prymitywnych włosy w runie tej rasy są dwojakie: okrywa i puch. A moje loczki wyglądają tak:


A po rozmamłaniu tak:


I widać wyraźnie, że to nie "dwuwłos", tylko "trójwłos". Są długie, na końcach brązowe włosy okrywy, czarne włosy właściwego futerka i u nasady loków krótkie szare włoski, miększe niż kaszmir. Stosunkowo łatwo jest oddzielić te brązowe włosy od reszty (ja tego nie robiłam, szorstkie mi nie przeszkadza), ale te szare mięciutkie już nie tak łatwo, chociaż część oddziela się sama w "kuleczkach". Duża część daje się wydłubać podczas gręplowania. Mimo to sporo tego pozostaje i zbija się w "kulki".


Z 600 g upranego runa po zgręplowaniu zostało mi 560 g i na oko jest to całkiem imponująca ilość (postawiłam obok Fantazję).


Zobaczymy co się z tymi szarymi włoskami będzie działo podczas przędzenia, czy "rozejdą się" i dadzą wprząść, czy trzeba bedzie wydłubywać.
Kurz: Ich habe auch ein Teil meines Hebrideanvlieses kardiert. In dem klugen Buch "The Fleece and Fiber" las ich, dass Hebrideans, wie alle primitiven Schafen, Ober- und Unterhaar haben. In meinem Vlies haben sie Ober-, Unter- und kurze, graue, sehr weiche Haare am Ansatz. Am Kardieren versuchte ich sie auszuklauben. Es war aber nicht leicht. Es gibt noch viele graue wieche Haare in den kardierten Vliesen. Ich bin gespannt:  läßt sich der Rest einspinnen, oder nicht. Aus 600 g gewaschener Wolle habe ich 560 g kardierter Vliese bekommen. Beim Spinnrad sieht der Vliesenberg imposant aus. 

Dotarła do mnie wczoraj (Panem Marcinem) przecudnej urody alpaka w kolorze light rose grey, którą się tu i ówdzie już zdążyłam pochwalić. Alpaki jest 550 g i jest cudna - nie będę grzeszyc skromnością za to zwierzę o przepięknym kudle. Nadal leży nieuprana, a ja się z nią miziam.
Mein Postbote hat mir gestern 550 g Alpakawolle aus England (Farbe: light rose grey)  gebracht. Sie ist wunderschön, ich bin begeistert.


Poza tym rogaliki weszły już u mnie do stałego repertuaru.
Außerdem sind die Hörnchen bei mir zu Hause schon Repertoirestücke.


No i jak co tydzień przez całą zimę zrobiłam dżem z kilograma pomarańczy.
Und - wie jede Woche im Winter - habe ich wieder Konfitüre aus einem Kilo Orangen gemacht.


Z utęsknieniem czekam na koniec sezonu pomarańczowego i pozdrawiam wszystkich!
Ungeduldig warte ich auf den Orangensaisonabschluss und grüeße alle herzlich!

sobota, 3 listopada 2012

Szal we wszystkich kolorach

O tym zaczarowanym szalu, który usiłuję zrobić od dwóch lat już pisałam tu. Na początku października znów się nie udało. Ale zaparłam się. I jest. Wprawdzie zupełnie inny niż przewidywał pierwotny projekt, ale we wszystkich jesiennych kolorach.


Nie poszło łatwo, bez przygód się nie obyło, nawet tak głupich jak odwrotnie założona siatka, co zauważyłam dopiero po kompletnym osnuciu. Pomagałam sobie grzebieniem i... Szkoda czasu.
Po kolei (uwaga, zalew zdjęć):
Osnowa - z typowej skarpetkowej Regii (210 m/50 g):


Warsztat po osnuciu, widać, że siatka odwrotnie:


Ale się nie poddaję, robię.


Z bliska mi się nawet podoba.


Po zdjęciu i zaszyciu frędzli też mi się podoba. Ma 224 cm długości i 46 cm szerokości (bez frędzli).


A po praniu okazuje się, że nic mu z długości nie ubyło, ale szerokości ma 43,5 cm, prawie wszędzie, bo zielone paseczki mają więcej. Pisałam, że to były łączone w singlu już kupione w kolorze tzw. wełny do filcowania. Ta w istocie przędła się inaczej niż pozostałe, dziś powiedziałabym, że jak Herdwick, albo Swaledale, tak się trochę rozsypywała w ręku. I w związku z tym zielone paseczki, zwłaszcza gdy są szersze niż 3 nitki, falują. Nauczyłam się więc przy okazji, że warto wiedzieć, z czego się robi, bo to widomy znak, że wełna wełnie nierówna i to nie tylko w sprawie "gryzienia".
W każdym razie niewykonalny projekt znalazł swój finał, z czego bardzo jestem zadowolona.

Zrobiłam też skarpetki z zafarbowanej kiedyś przypadkiem na szaro-fiołkowo kupnej. Kolorek nadal mi się podoba, skarpetki mniej, bo postanowiłam zrobić piętę podwójną nitką i niezbyt zgrabnie to wygląda. Poza tym w porządku.

No i przyszło kolejne runo Hebrideana od brudasa. I... zatchło mnie. Z zachwytu. Na dzień dobry po zajrzeniu do wora wyglądało tak:


Zapowiadało się na dłuższą robótkę, ale już po półtorej godziny przebierania i naprawdę niewielkiej ilości odrzuconego śmiecia, miałam dwa takie wiadra cudnego, długiego, miękkiego, ale wciąż niepranego runa w zadziwiającym kolorze.

A teraz jest uprane i schnie - już piąty dzień. A ja chodzę dookoła i wącham, czy jeszcze nie dopadła go pleśń. Jeśli chwycę dwie godziny dobrej pogody, wynoszę na balkon, żeby mi runko wiaterek przewiał. No jak z dzieckiem. Ale piękne jest!


Ach, warto było przeżyć te dwa poprzednie doświadczenia, żeby je mieć!

środa, 24 października 2012

I jak tu nie lubić Lincolna... i spółki

I co? Można go nie lubić?



Nie można! Światła nie ma, mgła taka, że samoloty nie lądują, mokry jest i... świeci! To jak go nie kochać!
Kiedy go splotłam w tymoszenkę (tak w domu nazywamy te precle wełniane), mgła już była taka, że nawet Lincoln nie chciał zaświecić.


Tak, to ten od Asi. Mam ponad trzydzieści deko i planuję sweterek dla siebie. Nie oddam, nie oddam!

A jak już miałam rozrobione kolorki, to przewinęłam 25 deko porządnej fabrycznej wełny (200m/50 g) na motki nadające się do farbowania i też ufarbowałam. A co?


A jakie w zbliżeniu ładniutkie.


Lubię, jak mi wychodzi dokładnie to, co chcę.

No i jak tylko mogłam sobie na to pozwolić, natychmiast pogalopowałam do kołowrotka, żeby pokończyć to, co pozaczynane. I dorobiłam drugi motek Falklanda do pierwszego, który uprzędłam w lutym chyba, może na początku marca.


Mam tego w sumie 737 metrów w 20 deko. Bardzo taki pstrokatek lubię i chyba najlepiej mu będzie w tkanym szaliku, bo tam się takie zestawy cudnie miksują.

Na froncie runa:
Prany wczoraj młodociany brudasek rasy North Ronaldsay się nie doprał (co tu się dziwić, jeśli ja nie doprałam, to sam się też nie doprał), końce loków nadal ma żółte, ale szorować się bałam ze względu na te filce. Na razie schnie i widać już, że będzie z nim ciężki krzyż. No i po praniu kremowo-szara barwo żegnaj! Zdaje się, że nawet hodowca swojego zwierzęcia nie widział, zanim się w g... utytłało. Jaki kremowy? Gdzie?


Czarne jagnię Hebrideana, uprane siłą woli (i detergentem, w tej kolejności) poprzednim razem (nie przebierane, tylko wyluzowane z g...) już wyschło bardzo dokładnie i nadal jest w nim łąka i obora, tylko nie śmierdzi.


A mojego Puchatka zachwycił kolor. Że niby taki głęboko i gorzko czekoladowy (gdzie on tę czekoladę dostrzegł?). A ponieważ za każdym razem, kiedy mówię, że coś mu udziergam, wybucha głębokim teatralnym śmiechem, zaparłam się, że nie ma totamto, jak się podoba, tym razem będzie czapka i rękawiczki.  No i żeby sprawdzić, czy oczy mylą mnie, czy jego, o dziewiątej rano chwyciłam niedużą garść runa i po przeczesaniu na szczotkach, wyciągnięciu na gwoździach, ukręceniu singielków i skręceniu w 2-ply już o wpół do drugiej miałam pół deko nitki. Niewątpliwie czarnej, nie czekoladowej nitki.


To jest naprawdę piękna, głęboka czerń, żadna czekolada. Tylko światło było fatalne, a zdjęcie poruszone, bo dziś dujawica była straszna i nawet przez ułamek sekundy sznurki nie chciały trwać w bezruchu. Dlatego skrętu nie widać, koloru też, ani faktury, ale łąkę walijską na bielańskim balkonie i owszem, w powiększeniu widać dobrze. Nie wykruszyła się. Po prostu: czarna wełna z czarnej owcy od czarnego hodowcy.

piątek, 12 października 2012

Boczkiem, boczkiem...

... ale się udało. Jak widać od pracy na życie (którą też lubię) znosi mnie wciąż w sposób niekontrolowany a to do gwoździ, a to do kołowrotka. Ciekawość żarła mnie straszna w sprawie pomysłu, który na wrzosówkę przyszedł mi do głowy. No i zrealizowałam tę część pomysłu, która się wyklarowała. Co z tego będzie, jeszcze pomyślę.


Jest tego 16 deko - 206 metrów w dwóch motkach. Przypomina mi tzw. samodział - zgrzebny, ale interesujący.

Już sama nitka z wrzosówki jest interesująca, ale puch jest tak zwarty, a okrywa tak długa, że przy przędzeniu runa wprost z wora można sobie połamać palce. Przeczesałam ją zatem z grubsza na szczotkach i przez dwa dni (zanim usiadłam do kołowrotka) mieszkał z nami tzw. wściekły kot (tak, to zawartość tej niedużej torebeczki od Wioli):


Żeby zrealizować drugą część przedsięwzięcia, czyli kolorową nitkę z pęcełkami, musiałam przeczesać w całości na gwoździach ufarbowaną fryzyjską wełnę od Asi (genialnie zgręplowana, bajecznie się ciągnie i przędzie, pomyśl Asiu o naleweczce dla swojej gręplarni) i sprząść tzw. odpad z gwoździ, z którego zrobiłam taśmę drugiego sortu - nic się nie zmarnowało. Na zdjęciu sort pierwszy:


Wtedy mogły powstać dwie śliczne szpuleczki, a wydawało mi się, że ponieważ wrzosówka świadomie grubsza i nierówna, a fryzyjska dużo cieńsza, to wystarczy tyle:


Nie wystarczyło, musiałam sprząść jeszcze trzy "kocie" z pierwszego sortu fryzyjskiej. Wrzosówka, choć sprzędziona na grubo i gruziołkowato, okazała się nadzwyczajnie wydajna. Ma jeszcze inną zaletę: singiel z niej mimo gruzłów jest znacznie mocniejszy niż 3ply z merynosa. Idealna na przykład na skarpety - nie do zdarcia, nie do urwania.
No i wyszło, co wyszło:

Mnie się podoba, tego chciałam. Już sobie udowodniłam, że cienką i równą niteczkę umiem zrobić, to mogę sobie poszaleć z robieniem tego, co mi się podoba.


Na zdjęciu w prawym różku widać kawałek siateczki. To siateczka na której schnie (nadal schnie) kolejny prezencik dla mnie ode mnie, który we wtorek przyniósł mi Pan Marcin - pół kilo wełny z jagnięcia Hebrideana. Połakomiłam się, zapłaciłam jak za zboże i nie wiem, co to z tego wyniknie. Zapakowana była w folię i sizal. Po otwarciu folii musiałam natychmiast, ale to natychmiast wrzucić to do środka piorącego. A ja na zapachy specjalnie wrażliwa nie jestem. Wyglądało całkiem, całkiem w pierwszej chwili.


Było w tym wszystko, cała łąka i ogród, a zapach pochodził głównie ze skiśniętych i poprzywieranych kup. Wrzucając do wiadra ze środkiem, wybrałam tylko kupy, resztę uprałam jak szło, bez przebierania (zapach był naprawdę nie do wytrzymania), sześć razy.
I jak teraz na to patrzę, robi mi się słabo na myśl o wyczesaniu tego wszystkiego z wełny.


Zielska w tym tyle, że mnie śmierć przy tym zagryzie. A nie wywalę, bo to jest miększe od młodej alpaki i ma przepiękny kolor. Czekam na North Ronaldsay od tego samego hodowcy, szaro-kremową, czyli ze względu na niezwykły kolor też nie wyrzucę, nawet jeśli będzie w podobnym stanie, czego się spodziewam. Cóż - te szkockie owieczki mieszkają niestety we Walii - to, co dostałam od Szkotów może i było zapakowane w worek na śmieci, ale było przebrane i bez syfu, niektórzy Anglicy natomiast najwyraźniej mają podobne do znanych nam skądinąd obyczajów.
Donoszę poza tym, że twarożek ani masełko od Asi się nie zmarnowały, tylko żeby nie było całkiem nudno, zmieniłam im formę:

Pochwalę się też, że deszcz prezentów nie przestaje na mnie spadać. I nie dość, że kochanie moje zafundowało mi harfę z przyległościami, to dostałam też wczoraj narzędzie do robienia zdjęć (może powinnam się zacząć martwić, bo tak wiele łaski bywa znakiem poczucia winy w jakimś, wiadomo jakim, względzie) z bardzo przyzwoitą optyką (wprawdzie Sony nie Zeiss, ale nie bądźmy snobami):


Będę więc teraz robić gorsze zdjęcia zanim zacznę robić lepsze zdjęcia, bo nić porozumienia między mną a nowym sprzętem jest na razie hiperlace.
Do aparatu dołączony był bukiet, zdjęty starym aparatem, bo nowym, okazało się, nie umiem.


Tak, niestety, jak widać na zdjęciu u mnie w użyciu nadal syrop i tabletki (no, w emocjach nie zadbałam o właściwą kompozycję na fotografii!), ale to już szósty tydzień, więc chyba mnie wreszcie ta franca, co mnie chwyciła na początku września, wreszcie puści. Czego sobie z całego serca życzę. A innym życzę, żeby ich przez okrągły rok żadna franca nie dopadła!