W piątek rano dopadł mnie telefon, z którego jawnie wynikało, że muszę się udać w podróż metrem na moją drugą pocztę, gdyż leży tam dla mnie przesyłka, którą poczta odeśle w poniedziałek rano, jeśli jej natychmiast nie odbiorę. Rada nierada mimo koszmarnego upału tuż przed południem udałam się na oną pocztę. A obok rzeczonej jest słynny bazar na Wolumenie, przez który musiałam przejść. To znaczy słynny to on był w tych czasach, kiedy nie było niczego, teraz ogóreczki, pomidorki i ozorki cielęce tam kupuję. Przesyłkę odebrałam (bez sensu), a następnie w drodze powrotnej rozejrzałam się po bazarze, gdyż piątek, jak wiadomo, to dzień targowy. Tuż przed tylnym wejściem (no, bo jakim miałabym, kuchta, wchodzić?) natknęłam się na mężczyznę z daliami (czyż to nie byłby piękny tytuł dla jakiegoś utworu graficznego?). Na powrót opanowana pragnieniem uzyskania koloru pomarańczowego z dalii kupiłam dwa pęczki kwiatów za połowę tej kwoty, którą poprzednio zapłaciłam za jeden (piątek czyni cuda!). Nabyłam też kartofelki itp., po czym zobaczyłam... marchewkę w pęczkach. I doznałam objawienia. Przypomniałam sobie nagle, co widziałam tu i, stojąc z dwiema torbami na dwóch ramionach, a w końcówce jednego z tych ramion trzymając dwa pęczki dalii, zakrzyknęłam do miłej pani sprzedawczyni:
- Dwa pęczki marchwi poproszę.
Pani spojrzała na mnie ze współczuciem (żar lał się z jasnego nieba, ona stała przynajmniej pod ogrodowym parasolem, bez balastu), własnoręcznie pochwyciła dwa pęczki (jasne było dla niej, że ja nie mam trzeciej ręki, a liczyła na pieniądze z tej drugiej) i już zabierała się do urywania naci, zadając mi, retoryczne, zdawałoby się, pytanie:
- Urwać zielone?
- Boże broń - wykrzyknęłam. - Pomarańczowe może pani urwać, jak pani chce, ja potrzebuję zielone.
Pani spojrzała na mnie (nomen omen) zbaraniałym wzrokiem. Po czym uśmiech zrozumienia rozjaśnił jej twarz i znów zadała, jej zdaniem, retoryczne pytanie:
- Dla królików pani potrzebuje?
- W żadnym razie - odparłam z mocą.
- To po co pani? - zbaraniała (nomen omen) całkiem, ale nie odpuszczała.
Ciężko mi było i ciepło, więc nie wchodziłam w dalszą dyskusję, tylko, żeby nie wyjść na chama, wyjaśniłam jednak krótko, pozostając w mniej więcej zwierzęcej tematyce:
- Do owiec.
Podałam 3 zł, chwyciłam torbę z marchewką i poszłam.
Po powrocie mniej więcej odkroiłam pomarańczowe, zielone wrzuciłam do gara i zalałam wodą.
Pomarańczowe chwilowo porzuciłam na podłodze.
I ruszyłam na ratunek więdnącemu w upale surowcowi farbiarskiemu, który miał pierwej posłużyć ze trzy dni jako materiał zdobniczy.
Oderwałam 15 deko białej wełny od fińskich owieczek (nie kłamałam, naci do owieczek mi było trzeba) i wciepłam w bejcę. No i po godzinie: cedzenie, odciskanie, gotowanie jednego w drugim. Miałam już tak dosyć, że gotowałam na gazie, nie bacząc na to, że na mojej kuchence nie da się gotować w temperaturze niższej niż sto stopni. Bulgotało jak złoto. Potem postało sobie na balkonie (że niby stygło - na termometrze ponad 30 st. w cieniu, a to stoi w słońcu przy południowo-zachodniej ekspozycji) i nie wyglądało wcale na zielone. A takie miało być!
Po praniu pod wieczór nadal nie wyglądało na zielone.
A jak wyschło, wygląda tak:
Dalie miały być pomarańczowe, marchew miała być zielona, wszystko jest żółte, ale - dzięki Ci, Boże - nie sfilcowane. Tylko co ja zrobię z piętnastoma deko tego żółtego dobra?
A ponieważ wszyscy (albo prawie wszyscy) pokazują na koniec postów, jakie mają piękne kwiaty, to czuję się w tym względzie również w obowiązku. Bo zakwitło i u mnie, mało tego - pierwszy raz w życiu mi toto zakwitło, dokładnie wtedy, kiedy czekało na przesadzenie do większej doniczki, więc zakwitniętego nawet nie dotykam. Tylko że jak już u mnie coś zakwita, to - proszę bardzo uprzejmie - wygląda tak:
Czy kolor tego podługowatego kwiatu Wam czegoś nie przypomina? Barwnik z naci marchewki? A może barwnik z kwiatów dalii? To po prostu mój sierpniowy kolor!